Bartek, Lena i Maks wpadają na trop dziwnej sprawy w szkolnej szatni. Zamiast uciec przed kartkówką, trafiają na szafkę, która najwyraźniej ma własne zdanie.
W poniedziałkowy poranek Bartek, Lena i Maks wpadli do szkolnej szatni tak szybko, jakby gonił ich nie pan Janusz od matematyki, tylko stado rozwścieczonych gołębi z planem lekcji. A właściwie goniła ich kartkówka, ogłoszona przed chwilą z miną człowieka, który uważa, że poranek bez stresu jest porankiem straconym.
Ich plan był prosty: ukryć się na chwilę, zebrać myśli i przeczekać burzę. Najlepiej taką, w której nikt nie każe im rozwiązywać zadań o ułamkach. Maks twierdził, że mają ważniejsze sprawy na głowie, bo od tygodnia krążyły plotki o skarpetkowym potworze. Podobno pojawiał się tylko tam, gdzie ludzie zostawiali jedną skarpetkę bez pary, a potem znikał razem z resztą godności.
— Widziałem go w piątek — oznajmił Maks z takim namaszczeniem, jakby składał zeznanie w tajnej policji szkolnej. — Miał czapkę z pomponem i przeżuwał dzwonek do roweru.
Lena prychnęła.
— Maks, ty jesteś skarpetkowym potworem. To były moje skarpety i twoje absurdalne wyjaśnienia.
— To były skarpety badawcze — poprawił się urażony. — Naukowiec musi eksperymentować.
Bartek już chciał coś powiedzieć, kiedy z szafki numer 13 dobiegł ich dziwny dźwięk. Krótki, stłumiony i zdecydowanie niepasujący do szkolnej szatni.
Chichot.
Wszyscy troje zamarli. Lena odsunęła się o krok, Bartek wstrzymał oddech, a Maks natychmiast sięgnął do kieszeni po latarkę, jakby codziennie przygotowywał się na konfrontację z czymś znacznie gorszym niż matematyka. Światło przecięło półmrok między kurtkami i plecakami.
— Dobra — szepnął Bartek. — Sprawdzamy.
— Jeśli w środku siedzi potwór, to ja chcę wyłącznie wersję, w której odrabia za mnie zadanie domowe — mruknęła Lena.
Zrobili dwa ostrożne kroki w stronę trzynastki. Wtedy szafka wydała z siebie coś jeszcze gorszego niż chichot.
— Uwaga. Nadchodzi patrol matematyczny.
Maks aż podskoczył.
— Czy… czy twoja szafka właśnie do nas mówi? — wyszeptał.
— Moja nie — odpowiedziała Lena, wpatrując się w metalowe drzwiczki. — Ale ta najwyraźniej ma więcej odwagi niż my.
I właśnie wtedy w szatni pojawił się cień. Długi, ciężki, przesunął się po podłodze między ławką a kaloryferem. To nie był pan Janusz. Ktoś obcy wszedł do środka tak bezszelestnie, jakby znał to miejsce lepiej niż oni.
Na ramionach miał ogromną bluzę z kapturem. Spod niej wystawały różowe skarpety w żółte banany.
Chichot ucichł.
A potem z szafki numer 13 dobiegło bardzo ciche, bardzo podejrzane mlasknięcie.