Klub Ekspertów od Kłopotów

Siedemnastoletni Igor i jego paczka wpadają na pomysł, który prowadzi ich do opuszczonej szkoły przy ulicy Cienia. W środku noc przestaje być zabawna, a ktoś najwyraźniej wie, że tam weszli.

Gdyby ktoś poprosił Igora o życiorys w jednym zdaniu, pewnie wzruszyłby ramionami i powiedział: „Specjalista od kłopotów, których nikt nie zamawiał”. Jego mama nazwałaby to pewnie inaczej, ale przy innych słowach również pojawiłoby się westchnienie i spojrzenie w sufit. Tego czerwcowego wieczoru Igor akurat miał ochotę na coś większego niż zwykłe włóczenie się po Topornikach, gdzie nawet skwer wydawał się zasypiać wcześniej niż reszta miasta.

Klub Ekspertów od Kłopotów zbierał się zawsze wtedy, gdy komuś zaczynało zbyt mocno doskwierać życie. Albo nuda. Najczęściej nuda. Igor był prezesem, choć funkcja ta polegała głównie na tym, że pierwszy wpadał na pomysły i ostatni przyznawał się do winy. Lena, zwana Cichą Burzą, potrafiła nie odezwać się przez pół godziny, a potem jednym zdaniem rozłożyć każdy plan na części. Filip pilnował logistyki, sprzętu i wszystkich „drobnych technicznych cudów”, które zwykle kończyły się ostrzeżeniem o stanie baterii. Hanka pisała wiersze, ale jeszcze lepiej wymyślała wymówki, które brzmiały tak niewinnie, że dorośli dawali się na nie nabierać z niepokojącą łatwością.

Spotkali się jak zwykle pod starą lipą na skwerze. Cola, chipsy, jeden notes, dwa powerbanki i żadnego konkretnego planu. To właśnie wtedy Filip rzucił mimochodem:

– Wiecie, że szkoła przy ulicy Cienia nadal stoi pusta?

Igor od razu wyprostował się na ławce.

Stara szkoła była legendą. Zamknięta od roku, obklejona tabliczkami o zakazie wstępu, z wybitymi kilkoma oknami i reputacją miejsca, w którym nic nie powinno się dziać. A jednak tej samej nocy ochroniarz miał widzieć na piętrze światła. Sąsiedzi przysięgali, że słyszeli kroki, a ktoś nawet mówił o śmiechu dochodzącym zza ścian. Im bardziej ktoś próbował to wyjaśnić, tym mniej miało to sens.

– Nocny materiał? – zaproponowała Hanka, jakby mówiła o spacerze po lodach.

– Albo szybki raport terenowy – dodała Lena, już odblokowując telefon.

Igor nie potrzebował więcej. Klub wyznaczył sobie jedną zasadę: jeśli coś pachniało absurdem, trzeba było sprawdzić to osobiście. Do północy wszystko wyglądało jeszcze jak plan z gatunku „może się uda”, ale kiedy zegar zbliżył się do drugiej, ich śmiechy ucichły. Zamiast nich zostało tylko szuranie butów po asfalcie, szelest krzaków i cichy brzęk latarek wrzuconych do plecaka.

Szkoła wynurzyła się zza drzew jak coś, co dawno powinno zostać zburzone, ale uparcie odmawiało współpracy. Ogrodzenie było przechylone w jednym miejscu, a okno sali biologicznej stało uchylone dokładnie na szerokość, której nikt nie mógł uznać za przypadek. Filip mruknął coś o szczęściu albo głupocie. Igor nie był pewien, które z tych dwóch słów bardziej go wtedy interesowało.

W środku pachniało kurzem, starym drewnem i wilgocią. Ich kroki odbijały się od pustych korytarzy tak głośno, że każdy z nich co kilka sekund zastygał w miejscu, nasłuchując własnego oddechu. Ktoś musiał tu niedawno być, bo na parapecie wciąż leżał świeży ślad po błocie. Albo ktoś był tu teraz.

Lena uniosła rękę i wszyscy zatrzymali się natychmiast. Na końcu korytarza mignęła wąska smuga światła. Potem drugi błysk. I coś, co bardzo przypominało śmiech, tylko o wiele za cichy, żeby brzmiał normalnie.

– To nie jest zabawne – szepnęła Hanka, choć jej głos wyraźnie drżał.

W tej samej chwili coś stuknęło tuż za nimi.

Igor odwrócił się tak gwałtownie, że prawie upuścił latarkę. Drzwi do sali obok poruszyły się powoli, z przeciągłym skrzypnięciem, jakby ktoś po drugiej stronie czekał dokładnie na ten moment. W ciemności zamigotał kolejny błysk.

A potem rozległ się głos, którego żadne z nich nie znało.