Troje przyjaciół uruchamia w szkolnej pracowni tajemnicze urządzenie, które zamienia zwykłe popołudnie w dziwną i coraz bardziej niepokojącą przygodę.
W czwartek szkoła na ulicy Wiatrakowej wyglądała jak miejsce, w którym nawet zegary chodzą wolniej. Za oknami lało, korytarze pachniały mokrymi kurtkami i kredą, a Emil miał wrażenie, że całe to budynekowe królestwo ziewa z nudów razem z nauczycielami.
Tylko oni troje nie zamierzali się nudzić. Emil, Lena i Patryk, samozwańczy Klub Niezwykłych Wynalazców, przemykali pod ścianą tak ostrożnie, jakby każdy trzask buta mógł obudzić całą szkołę. Oficjalnie mieli po lekcjach „zajęcia dodatkowe”. Nieoficjalnie od dwóch miesięcy urządzali sobie tajne laboratorium w opuszczonej pracowni technicznej w piwnicy.
Ich baza wyglądała jak wybuch połączenia sklepu papierniczego ze strychiem pełnym zapomnianych gratów. Na stole stał czajnik bez pokrywki, obok leżała lampa z urwanym kablem, stos pudełek po ciastolinie i radyjko z lat osiemdziesiątych, które szumiało jak obrażony ocean. W tym chaosie ginęły zaginione długopisy, śrubki bez właścicieli i karteczki samoprzylepne, które Patryk nazywał „obcą cywilizacją żółtego koloru”.
Lena przyszła dziś z czymś, co natychmiast zepsuło Emilowi spokój. Ostrożnie postawiła na stole metalowe pudełko wielkości książki. Było stare, ciężkie i miało więcej pokręteł niż sensu. Z jednego boku wystawała antenka, z drugiego przekrzywiony ekranik, a całość pachniała kurzem, ozonem i czymś, co Emil wolałby nazwać po prostu „niepewnością”.
Patryk aż przestał grzebać w pudełku z bateriami.
„Powinniśmy” to nie jest słowo, które lubię w połączeniu z przedmiotami niewiadomego pochodzenia - mruknął.
Właśnie dlatego jest idealne dla naszego klubu - odparła Lena.
Emil nachylił się nad urządzeniem. Na obudowie był mały napis, częściowo starty, jakby ktoś długo próbował go ukryć. Nie zdążył go odczytać, bo Lena już nacisnęła pierwszy guzik. Nic. Nacisnęła drugi. Znowu nic. Patryk podsunął baterie, które wyglądały, jakby mogły zasilić rakietę albo przynajmniej budzik po apokalipsie.
Urządzenie zamruczało cicho.
Emil odsunął się o krok.
Lena uśmiechnęła się tylko i wcisnęła zielony przycisk jeszcze raz. Patryk kichnął. Głośno. Niefortunnie. I dokładnie w tym samym momencie pudełko rozbłysło tak jasno, że wszyscy trzej przymknęli oczy.
Po chwili na ekraniku pojawił się napis:
TRYB: PRZYGODA AKTYWNA
Przez sekundę panowała cisza. Potem z jednej szafy wysunął się cienki ramięm przypominający teleskop, a po całej ścianie rozlała się ogromna mapa świata, narysowana czarnym markerem i czymś, co wyglądało podejrzanie jak kawa po automacie. Z drugiej szafy wyskoczyły gadżety, jakich Emil nie widział nawet w najgłupszych filmach science fiction: turbo-pióra strzelające papierowymi kulkami, plecak z dyszą ssącą i hełm z antenką, która pulsowała błękitnym światłem.
Lena natychmiast złapała hełm i wcisnęła go sobie na głowę. Z wnętrza rozległ się mechaniczny bełkot, który mógł być klingońskim, mógł być polskim, a mógł po prostu urządzenie miało bardzo złe wychowanie.
Patryk podniósł plecak-odkurzacz i skrzywił się.
Coś w nim bulgocze.
W plecaku? - Emil zrobił wielkie oczy.
Właśnie w tym problem.
Wtedy drzwi do pracowni zatrzasnęły się z hukiem. Głośniki trzasknęły, potem odezwał się spokojny, zbyt spokojny głos:
Światła zaczęły mrugać na czerwono i zielono, podłoga lekko zadrżała, a gdzieś pod szafą rozległ się suchy, szybki chrobot. Emil patrzył na Lenę, Lena na Patryka, Patryk na szafę, jakby wszyscy troje jednocześnie zrozumieli, że właśnie przestali być właścicielami sytuacji.
Chrobotanie przybrało na sile.
I coś, co najwyraźniej nie miało najmniejszego zamiaru zostać pod szafą, zaczęło się powoli przeciskać na zewnątrz.