Troje przyjaciół zakłada tajny Klub Szalonych Kanapek i przypadkiem wpada w szkolną aferę z lewitującą mortadelą.
– Jeśli jeszcze raz ktoś przyniesie do szkoły kanapkę z paprykarzem, składam oficjalną rezygnację z życia – oznajmiła Matylda, trzymając bułkę tak ostrożnie, jakby spod chleba miało zaraz wystrzelić coś niebezpiecznego.
– Paprykarz jest niedoceniany – mruknął Kamil, poprawiając plecak. Na blacie przed sobą miał obiadek, który wyglądał, jakby ktoś skomponował go po ciemku i z lekką zemstą. – Poza tym to świetny materiał na nasz klub.
Szymon oderwał wzrok od książki „Wielka historia chleba”. – Jakiego klubu?
Kamil uśmiechnął się tak szeroko, jakby właśnie wymyślił coś zakazanego. Wyciągnął zeszyt w kratkę. Na okładce, pod plamą ketchupu, dało się odczytać krzywy napis: Klub Szalonych Kanapek.
– Tajny – dodał. – Zasada jest prosta: żadna kanapka nie może być zwyczajna.
Matylda przez chwilę patrzyła na niego jak na człowieka, który za dużo czasu spędza na pomysłach, a za mało na rozsądku. Potem wzruszyła ramionami.
– Brzmi głupio. Czyli może być dobre.
Tydzień później sala 207 zaczęła przypominać wystawę szkolnej desperacji kulinarnej. Na ławkach lądowały tortille z ogórkiem kiszonym i nutellą, chleb z chipsami, żelki w bułce, a nawet kanapka z musem jabłkowym i koperkiem, która podzieliła klasę szybciej niż sprawdzian z matematyki. Plotki rozchodziły się po korytarzach błyskawicznie.
W końcu przyszedł wtorek, a razem z nim przerwa, która od początku pachniała kłopotami. Matylda wsunęła rękę do plecaka i zamarła.
– Nie – powiedziała cicho.
– Co „nie”? – Szymon odsunął książkę.
Matylda wyjęła kanapkę. Była lekko różowa i dziwnie połyskiwała, jakby ktoś potraktował ją czymś, czego nie powinno się mieszać z jedzeniem.
– To jest mortadela z efektem specjalnym – szepnęła.
– Jakim efektem? – Kamil pochylił się nad nią.
Zamiast odpowiedzi drzwi do klasy otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł pan Roman, woźny, niosąc na tacy coś, co sprawiło, że nawet Szymon przestał udawać, że wszystko da się wyjaśnić logiką.
Mortadela unosiła się kilka centymetrów nad talerzem.
Kręciła się powoli w powietrzu.
– Czyje to? – zapytał pan Roman głosem, od którego zrobiło się cicho nawet w szafce na miotły.
W tym samym momencie z korytarza dobiegł krótki, metaliczny dźwięk. Jak alarm. Jak śmiech. Jak sygnał, że ktoś właśnie odkrył coś, czego nie powinien był ruszać.