Marta, Jakub i Oskar trafiają na stary klucz, który prowadzi ich do zamkniętego gabinetu w opuszczonym skrzydle szkoły. Za drzwiami czeka coś, czego nie powinno tam być.
Szkoła imienia Stefana Żeromskiego z zewnątrz wyglądała jak każda inna: szare mury, obdrapane schody, za ciasny dziedziniec i okna, w których po lekcjach odbijało się blade niebo. Dopiero gdy zostawało się w niej dłużej, można było poczuć, że w środku coś nie pasuje. Korytarze milczały za długo. Drzwi skrzypiały, choć nikt ich nie dotykał. A w najstarszym skrzydle budynku światło gasło zawsze odrobinę za wcześnie.
Marta przekonała się o tym w deszczowy wtorek, kiedy została po lekcjach, żeby poprawić sprawdzian z fizyki. Nauczycielka wyszła, woźny zamknął drugie skrzydło szkoły, a ona została sama z ciszą i stukotem deszczu o parapety. Gdy wyszła z sali, zauważyła coś błyszczącego przy listwie pod ścianą. Schyliła się i podniosła mały mosiężny klucz. Był cięższy, niż wyglądał, zimny od wilgoci i pokryty drobnymi znakami, których nie potrafiła odczytać.
Przez chwilę stała z nim w dłoni. Mogła oddać go do sekretariatu. Mogła zostawić na ławce. Zamiast tego wsunęła go do kieszeni bluzy.
Nazajutrz, na długiej przerwie, pokazała znalezisko Jakubowi i Oskarowi. Oskar od razu nachylił się bliżej, jakby klucz miał zaraz zniknąć, jeśli nie będzie go trzymał wzrokiem. Jakub tylko zmrużył oczy.
Marta obróciła go między palcami. - Więc do czegoś pasuje.
Oskar uśmiechnął się krzywo. - Albo do czegoś, czego nikt nie powinien otwierać.
Tego wieczoru wrócili do szkoły, kiedy korytarze były już puste, a w oknach odbijały się tylko mokre ulice. Najstarsze skrzydło budynku pachniało kurzem, farbą i czymś jeszcze, czymś stęchłym, jakby od dawna nikt tam nie oddychał. Szli wolno, nasłuchując każdego kroku. Na końcu wąskiego korytarza znaleźli drzwi z tabliczką tak starteą, że ledwo dało się odczytać numer: 213.
Zamek miał dokładnie taki sam kształt jak klucz Marty.
Oskar wziął go do ręki pierwszy. Wsunął do środka i przekręcił. Kliknięcie zabrzmiało zbyt głośno w pustym korytarzu. Drzwi uchyliły się powoli, jakby ktoś po drugiej stronie naciskał je od środka.
W gabinecie było ciemno. Tylko wąski pas światła z korytarza przesuwał się po starych ławkach, zniszczonych krzesłach i tablicy, na której kredą zapisano coś dawno temu. Marta zrobiła krok naprzód i wtedy zobaczyła, że białe litery zaczynają blaknąć i świecić słabym, zielonkawym odblaskiem.
Za ich plecami rozległ się cichy szelest. Ktoś albo coś przesunęło dłonią po ścianie tuż obok drzwi.
Marta odwróciła się gwałtownie, ale w korytarzu nie było nikogo. Tylko otwarte drzwi 213 skrzypnęły jeszcze szerzej, jakby gabinet właśnie ich wpuszczał.