Czworo przyjaciół znajduje w starym dworze klucz, który prowadzi do drzwi ukrytych za gobelinem. To, co czeka po drugiej stronie, zostaje jeszcze w cieniu.
Na końcu cichej ulicy stał dwór, którego mieszkańcy miasta woleli nie nazywać po imieniu. Z zewnątrz wyglądał jak zapomniany relikt dawnych czasów: wysoki, posępny, z oknami, w których wieczorami gasło światło szybciej niż gdziekolwiek indziej. Ogród dawno wymknął się spod kontroli, a mgła lubiła zaczepiać się o krzewy i kamienne schody, jakby coś w środku wciąż oddychało.
Właśnie tam Alice, Ben, Charlie i Dana znaleźli to, czego nie powinno być wśród starych gratów na strychu. Na dnie zniszczonej księgi leżał klucz. Nie zwyczajny, nie pasujący do żadnej szuflady ani szkatułki, tylko ciężki, dziwnie zimny, z trzonem pokrytym znakami, których żadne z nich nie potrafiło odczytać. A jednak, kiedy Alice uniosła go do światła, metal błysnął tak czysto, jakby ktoś przed chwilą wyjął go z ukrytego zamka.
Nie musieli długo się przekonywać, żeby zacząć szukać. Przeszli przez puste sale, korytarze pachnące kurzem i wilgocią, zajrzeli do komnat, w których skrzypienie desek brzmiało jak czyjeś kroki tuż za plecami. Im dalej zaglądali, tym bardziej dom zdawał się reagować na ich obecność — milczał, ale nie był bierny. Jakby czekał.
Gdy już prawie chcieli uznać, że to tylko bezsensowna zabawa, Charlie odsunął stary gobelin wiszący w zapomnianym pokoju na końcu korytarza. Za tkaniną nie było ściany. Były drzwi.
Stare, ciemne, z tymi samymi znakami, które widzieli na kluczu.
Ben przełknął ślinę. Dana zrobiła pół kroku do tyłu. Alice wsunęła klucz do zamka, a kiedy przekręciła go po raz pierwszy, cały dwór jakby wstrzymał oddech. Mechanizm kliknął głucho. Drzwi drgnęły i uchyliły się powoli, odsłaniając ciemność, która nie przypominała żadnego znanego miejsca.
Z wnętrza popłynął chłód. Potem rozległ się dźwięk, cichy i obcy, jakby ktoś po drugiej stronie właśnie zrobił krok w ich stronę.