Wiktoria i Kuba trafiają do nocnej biblioteki, gdzie książki szepczą, a cień nie zachowuje się jak cień.
Deszcz uderzał w szyby krakowskich kamienic, gdy Wiktoria schodziła po ostatnich schodach uniwersytetu z głową pełną notatek i cudzych głosów. Miasto po zmroku miało w sobie coś z labiryntu: mokry bruk błyszczał jak szkło, a pod arkadami gęstniały cienie, jakby ktoś rozlewał je zbyt wolno i zbyt starannie.
Biblioteka była niedaleko. Ta jedyna, która nie zamykała drzwi na noc. Oficjalnie zwyczajna, w rzeczywistości od dawna nazywana przez studentów Biblioteką Cieni. Nikt nie umiał powiedzieć, kto pierwszy wymyślił tę nazwę. Nikt też nie potrafił jej potem porzucić.
Kuba czekał już przy wejściu, wysoki kołnierz płaszcza miał postawiony jak tarczę, a w dłoni obracał stary klucz, ciemny od czasu i dotyku. Uśmiechnął się do Wiktorii krótko, bez wesołości, bardziej jak ktoś, kto właśnie wrócił z miejsca, o którym nie powinien nic wiedzieć.
– Znalazłem to w książce o magii – powiedział cicho. – A potem… ta książka zniknęła.
Wiktoria spojrzała na klucz. Na jego główce połyskiwał znak dwóch splecionych węży. Zimno przebiegło jej po karku, choć w środku biblioteki panowało przyjemne, ciężkie ciepło starego papieru i kurzu.
Pani Malwina siedziała za ladą jak strażniczka czegoś, czego nie wpisano do żadnego katalogu. Nawet nie podniosła wzroku, kiedy weszli, ale światła nad ich głowami przygasły na ułamek sekundy, jakby budynek rozpoznał intruzów.
Szli w głąb między regałami, coraz ciszej, niemal bez oddechu. Grzbiety książek zdawały się odwracać ku nim tytułami, których nie dało się przeczytać. Wiktorii wydawało się, że coś porusza się tuż przy podłodze, za jej cieniem, jakby druga, ciemniejsza wersja biblioteki próbowała dotrzymać im kroku.
Kuba zatrzymał się nagle przy regale z baśniami z całego świata. Przesunął dłonią po kamiennej ścianie za książkami, a wtedy rozległ się niski zgrzyt.
Między półkami otworzyły się wąskie drzwi, których przed chwilą tam nie było.
Za nimi rozciągał się mrok gęsty jak atrament, przecięty bladym granatowym światłem. Z głębi dobiegał cichy śmiech i szelest przewracanych stron. Kuba uniósł klucz, a metal odpowiedział ledwie słyszalnym drżeniem.
Wtedy ktoś po drugiej stronie drzwi wypowiedział imię Wiktorii.