Ola, Kacper i Maja odkrywają podczas remontu coś, co prowadzi ich na zamknięte piętro szkoły. W pustym korytarzu trafiają na ślad, którego nikt nie powinien tam zostawić.
Kiedy tego ranka Ola weszła do Liceum nr 7, od razu poczuła to znajome, nieprzyjemne mrowienie pod żebrami. Szkoła wyglądała jak zwykle tylko z pozoru. Przy wejściu stał żółty baner z ostrzeżeniem o remoncie, a wokół portretu pierwszego dyrektora kręciło się zaskakująco dużo uczniów, jakby wszyscy nagle znaleźli powód, żeby nie iść od razu na lekcje.
W środku pachniało pyłem, mokrą farbą i czymś jeszcze, metalicznie ostrym. Korytarz na parterze był zastawiony barierkami, a woźna, wyraźnie poirytowana, co chwilę powtarzała, żeby nie zbliżać się do schodów na drugie piętro. Ola odszukała Kacpra i Maję przy szafkach. Kacper, najwyższy z nich wszystkich i wiecznie rozczochrany, już wyciągał telefon, gotów dokumentować każdy absurd. Maja trzymała notatnik pod pachą i patrzyła w stronę schodów tak, jakby właśnie tam miało wydarzyć się coś ważnego.
— Słyszeliście? — zapytała, zanim Ola zdążyła cokolwiek powiedzieć. — Robotnicy coś znaleźli na górze. I od rana nikt nie może wejść do sali 24.
— W starej szkole zawsze coś skrzypi, cieknie albo odpada — mruknął Kacper. — Może tym razem po prostu odkryli, że ten budynek się rozpada.
Maja przewróciła oczami, ale nie odpowiedziała. Przez całą pierwszą lekcję Ola nie mogła skupić się na niczym poza szumem dochodzącym zza ściany i przytłumionym stukaniem z góry. Nawet nauczycielka zdawała się mówić ciszej niż zwykle, jakby sam remont miał prawo rządzić szkołą.
Po lekcjach korytarze opustoszały. Trójka przyjaciół zatrzymała się przy taśmie odgradzającej schody prowadzące na zakazane piętro. Na tabliczce wisiał świeży napis: WSTĘP WZBRONIONY. PODAJNIK W NAPRAWIE. Ola spojrzała na Maję, potem na Kacpra. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, że żadne z nich nie odpuści.
— Tylko rzucimy okiem — szepnęła Maja.
Schody jęknęły pod ich ciężarem. Na górze panowała dziwna cisza, gęsta i nieruchoma, jakby ktoś zatrzymał tam czas. Korytarz był pusty, ale po podłodze ciągnął się świeży ślad białego pyłu, prowadzący w stronę sali 24. Ola zauważyła coś błyszczącego pod parapetem. Schyliła się i podniosła mały, zardzewiały klucz.
— To chyba od jednej z zamkniętych sal — wyszeptał Kacper, podchodząc bliżej.
Maja już stała przy ciężkiej, drewnianej szafce ustawionej pod samą ścianą. Jej drzwiczki były uchylone o kilka centymetrów. W środku coś odbijało światło z korytarza — metalowy połysk, a może szkło. Ola poczuła, jak skóra na karku napina jej się z niepokojem. W sali 24 migała słaba smuga światła, choć wszystkie lampy powinny być zgaszone.
Wtedy za ich plecami rozległy się szybkie kroki. Ktoś wszedł na schody i nie zamierzał się zatrzymać. Ola zacisnęła palce na kluczu, kiedy z ciemności dobiegł krótki, ostry głos:
— Co wy tu robicie?