Siedemnastoletni Maciek wyczuwa błędy w tkance rzeczywistości. Gdy w centrum Warszawy znika student, on, Ola i Leon trafiają na trop, którego ktoś nie chce im pozwolić śledzić.
Budynki przy Nowym Świecie łapały ostatnie światło dnia jak rozgrzane szkło. Na ulicy było głośno, tłoczno i zbyt zwyczajnie, żeby ktokolwiek zauważył, że coś się sypie. Maciek szedł szybko, z kciukiem zawieszonym nad ekranem starego smartfona, i co chwilę miał wrażenie, że miasto mruga do niego nie w rytmie ludzi, tylko w rytmie czegoś ukrytego pod spodem.
Jeszcze miesiąc temu uznałby to za zmęczenie. Teraz wiedział, że to nie minie. Zdarzało mu się słyszeć cudze zdania sekundę przed tym, jak padły. Czasem potrafił przewidzieć ruch przechodnia, jakby ktoś na moment odsłaniał mu fragment scenariusza. A potem przychodziły te gorsze chwile: cienkie, ledwo widoczne linie drgające w powietrzu, jakby nad ulicą płynął niewidzialny kod, który ktoś pisał i kasował w pośpiechu.
Wieczorem spotkał Olę i Leona przy Elektrowni Powiśle. Siedzieli na murku, jeden słuchawka na troje, Led Zeppelin sączyło się z telefonu Lei, ale nikt nie miał dziś nastroju na żarty. Leon pierwszy przerwał ciszę.
„Też macie czasem wrażenie, że coś się tu przesuwa, choć nikt nie rusza świata z miejsca?”
Ola uniosła wzrok znad chodnika. „Nie wiem. Wiem tylko, że od kilku dni ludzie zachowują się, jakby zapominali, gdzie byli minutę wcześniej.”
Maciek parsknął krótko, bez humoru. „To brzmi jak bug.”
„A jeśli całe miasto jest błędem?” — rzucił Leon, ale tym razem nikt się nie zaśmiał.
Wieczorne wiadomości tylko pogorszyły sprawę. Mówiono o zniknięciu studenta informatyki sprzed Biblioteki Uniwersyteckiej. Bez śladów. Bez monitoringu, który dałoby się wykorzystać. Bez świadków, którzy pamiętaliby coś konkretnego. Maciek poczuł, jak w karku narasta mu znajome napięcie, to samo, które przychodziło zawsze wtedy, gdy rzeczywistość zaczynała pękać na krawędziach.
Noc minęła mu na forum pełnym urywanych relacji. Ktoś pisał o przesuniętych cieniach. Ktoś inny o ludziach pojawiających się tam, gdzie przed chwilą było pusto. Ktoś wrzucił zdjęcie zegarka pokazującego 03:03 już trzeci raz tego tygodnia. Maciek czytał do świtu, aż w końcu zamknął laptopa i podjął decyzję, której nie dało się już cofnąć. Jutro sprawdzą wszystko sami.
Rano stali we trójkę przed BUW-em. Szklana fasada odbijała niebo, ale Maciek widział w niej coś jeszcze: rzędy rozbieganych cyfr przesuwających się po powierzchni jak błędy w źle napisanym programie. Zmrużył oczy. W głowie przemknął mu szept, którego nie usłyszał nikt poza nim: Kod można zmieniać tylko wtedy, gdy jesteś czujny.
Ola nagle chwyciła go za rękaw. Jej palce były lodowate. „Maciek... ja też to widzę.”
Zanim zdążył odpowiedzieć, po ulicy przejechał tramwaj. Zatrzymał się jednak nie przy przystanku, tylko dokładnie przed nimi, jakby ktoś wyciągnął go z torów i postawił w złym miejscu. Drzwi otworzyły się z sykiem.
Wysiadł chłopak w czarnej kurtce. Na jego dłoni, tuż nad kciukiem, połyskiwał dziwny znak, jak wypalony pod skórą. Spojrzał najpierw na Maćka, potem na Olę i Leona, jakby rozpoznawał ich od dawna.
„Wiecie za dużo” — powiedział cicho.
I ruszył prosto na nich, a pod powiekami Maćka błysnęły linijki kodu, gotowe rozedrzeć świat na kawałki.