Korporacja Sernikowa S.A.

Trójka współlokatorów z kamienicy przy Kołowej zakłada domową firmę sernikową. Gdy interes zaczyna się rozkręcać, w drzwiach staje ktoś z teczką i wyraźnie nie przyszedł po dokładkę.

Na ósmym piętrze kamienicy, która pamiętała jeszcze czasy, gdy windy były luksusem, a schody formą kary, mieszkała trójka ludzi po trzydziestce zachowujących się tak, jakby życie było wciąż jedną długą przerwą między lekcjami. Oficjalnie byli dorośli. Nieoficjalnie — Basia, Artur i Zbyszek — funkcjonowali na zasadzie improwizacji, kawy i cichego przekonania, że jakoś to będzie.

Mieszkanie numer 42 przy ulicy Kołowej wyglądało jak wspólny projekt trzech skrajnie różnych katastrof. Basia zostawiała po sobie kubki z zaschniętą herbatą i pomysły, które zwykle brzmiały jak żart, dopóki nie okazywało się, że ktoś już kliknął „kup teraz”. Artur potrafił zasnąć na podłodze, na parapecie i w trakcie rozmowy, jeśli ta rozmowa trwała dłużej niż siedem minut. Zbyszek natomiast uważał się za filar rozsądku, co było zabawne w sposób niemal bolesny, bo jego rozsądek kończył się zwykle tam, gdzie zaczynała się promocja na margarynę.

Ich dotychczasowe próby wielkiego biznesu miały rozmach i bardzo słabą końcówkę. Był klaser na guziki, który sprzedał się jeden raz, i to Basiowej ciotce. Była aplikacja do rozpoznawania chmur, która wykrywała głównie błędy. Były też koszulki z sernikiem, słynne przez trzy dni, dopóki nie wyszło na jaw, że „efekt artystyczny” powstał po prostu od plamy po cieście.

Tego ranka pogoda wyglądała tak, jakby ktoś rozlał po niebie szary lakier i zapomniał dodać światła. Basia stała przy oknie, patrzyła na mokre dachy i miała ten niebezpieczny błysk w oku, który zwykle oznaczał albo genialny plan, albo konieczność dzwonienia po pomoc.

Wpadła do salonu bez pukania, z telefonem w jednej ręce i notatnikiem w drugiej.

– Słuchajcie. Pieczemy serniki.

Artur nawet nie podniósł głowy znad poduszki.

– Już? To się chyba nazywa poranny kryzys egzystencjalny, nie biznes.

– Nie, naprawdę pieczemy. Na wynos. Domowe. Porządne. Ludzie kochają sernik. To jest produkt z emocjami.

Zbyszek oderwał wzrok od tabelki w arkuszu, którą prowadził głównie po to, żeby wyglądać profesjonalnie.

– Mamy coś poza emocjami?

Basia uniosła notatnik.

– Mamy kuchnię. Mamy piekarnik. Mamy nazwę.

– To już trzy rzeczy? – mruknął Artur.

– Jedna z nich jest na wyrost – odparła Basia. – Korporacja Sernikowa S.A.

Zapadła krótka cisza, po czym Zbyszek skinął głową z miną człowieka, który właśnie zaakceptował coś równie ryzykownego, co nieuniknionego.

– To brzmi absurdalnie profesjonalnie.

– O to chodzi.

Plan był prosty tylko w teorii. W praktyce wymagał twarogu, cukru, jajek, masła, foremki, trochę godności i zdecydowanie za dużo wiary w ich wspólne kompetencje. Godności nikt w sklepie nie sprzedawał, więc skupili się na reszcie.

Do wieczora biegali między kuchnią a osiedlowym sklepem, wracając z siatkami pełnymi podejrzanie tanich składników i coraz większym poczuciem, że właśnie zaczynają coś, czego nie da się już odkręcić. Artur pełnił funkcję pomocniczą, choć najczęściej pomagał w sposób polegający na podjadaniu rzeczy przed ważeniem. Zbyszek czytał przepis tak, jakby to był regulamin giełdy. Basia rządziła wszystkim z energią kogoś, kto potrafi jednocześnie mieszać masę serową, kłócić się o proporcje i śmiać się z własnego chaosu.

Pierwsze blachy wjechały do piekarnika późnym popołudniem. Po chwili mieszkanie zaczęło pachnieć tak, że nawet klatka schodowa przestała wyglądać jak miejsce do straszenia listonoszy. Zapach rozlał się po piętrach, wspiął po poręczy, a potem, zupełnie bez zaproszenia, otworzył sąsiadom wyobraźnię.

Najpierw zapukała pani z drugiego piętra, pytając, czy to już jest legalne, a jeśli nie, to czy można zamówić dwa kawałki. Potem zjawił się pan Marian z parteru, który zwykle nie mówił więcej niż trzeba, ale teraz stał w progu z miną człowieka głęboko poruszonego i wyraźnie gotowego zdradzić wszystkie swoje kulinarne zasady.

– To wasze? – zapytał, patrząc na talerz jak na dowód rzeczowy.

– Nasze – odparła Basia.

– To poproszę jeszcze jeden kawałek.

Wieści rozeszły się szybciej niż reklama, a telefon Basi zaczął dzwonić tak uparcie, jakby ktoś pomylił ich mieszkanie z biurem obsługi słodkich marzeń. Ktoś wrzucił zdjęcie sernika do internetu. Ktoś napisał, że to „najuczciwsza rzecz, jaka wydarzyła się w tej dzielnicy od lat”. Ktoś zamówił sześć blach na spotkanie zespołu, a potem trzy kolejne „na wypadek, gdyby pierwsze zniknęły”.

Do późnego wieczora zamówienia piętrzyły się szybciej niż brudne naczynia. Zbyszek po raz pierwszy od dawna nie wyglądał, jakby chciał uciec z własnego życia. Artur, obudzony przez zapach, jadł łyżką masę prosto z miski i twierdził, że to research. Basia chodziła po kuchni z miną człowieka, który właśnie odkrył, że przypadek bywa bardziej skuteczny niż strategia.

I wtedy rozległo się pukanie.

Nie takie zwykłe, sąsiedzkie. To było krótkie, ostrożne, jakby ktoś stał po drugiej stronie drzwi i nie był pewien, czy powinien tu w ogóle być. Potem drugi raz. Ciszej. Nerwowo.

Zbyszek odłożył łyżkę, wyprostował się i przybrał wyraz twarzy, który miał przypominać profesjonalizm.

– Otworzę – powiedział.

Basia i Artur spojrzeli po sobie, a potem na drzwi, za którymi ktoś najwyraźniej nie przyszedł po dokładkę.

Zbyszek nacisnął klamkę.

Po drugiej stronie stał mężczyzna w ciemnym garniturze, z czekoladową muchą pod szyją i teczką tak świeżą, jakby dopiero co wyszedł z drukarni. Na froncie teczki widniał napis: „Kontrola Sernikowa S.A.”

Wszedł bez zaproszenia, rozejrzał się po kuchni i otworzył notatnik.

– Przyszedłem w sprawie waszych serników.

Na kuchennym blacie syknęła jeszcze gorąca blacha. Basia odwróciła się powoli, Artur przestał żuć, a Zbyszek po raz pierwszy wyglądał tak, jakby naprawdę nie miał pojęcia, co odpowiedzieć.

Mężczyzna podniósł wzrok.

– I mam nadzieję, że zdążyliście już wszystko policzyć.