Kaja, Leo i Sara lądują awaryjnie na obcej planecie. Ich statek znika bez śladu, a w mroku pojawiają się światła, dźwięki i coś, co najwyraźniej ich obserwuje.
Explorer-5 sunął przez kosmos tak gładko, jakby nic nie mogło go zatrzymać. W kabinie Kaja, Leo i Sara wisieli lekko w pasach, wpatrzeni w czarną przestrzeń rozciągniętą za panoramicznym oknem. Mieli po czternaście lat i wciąż trudno było im uwierzyć, że zamiast siedzieć w szkolnej sali, lecą teraz w prawdziwą misję badawczą. Wygrali ją w międzyplanetarnym konkursie naukowym, a teraz mieli wrócić z wyprawy jako najmłodsza załoga, jaką kiedykolwiek wysłano tak daleko od Ziemi.
Pierwszy sygnał zabrzmiał krótko i niegroźnie. Drugi już nie.
Komputer pokładowy rozdarł ciszę ostrym alarmem.
"Obiekt na kursie kolizyjnym. Natychmiastowa zmiana trajektorii."
– Co? – Leo rzucił się do panelu sterowania, ale jego palce ślizgały się po migających przyciskach.
– To nie jest meteor – powiedziała Sara, pochylając się nad ekranem. – Nie mam żadnego odczytu. Jakby... coś go zasłaniało.
Kaja zdążyła tylko spojrzeć na wyświetlacz, gdy kadłub Explorer-5 uderzył w coś z głuchym łoskotem. Statek szarpnęło tak gwałtownie, że światła zgasły, a w kabinie wszystko przechyliło się na jedną stronę. Przez chwilę słyszeli tylko własny oddech i trzaskające iskry.
Potem przyszło białe światło. Ostre, oślepiające, nieludzkie.
Kaja miała wrażenie, że spada w dół bez końca. Kiedy otworzyła oczy, leżała na chłodnej ziemi pod drzewami o liściach świecących neonową zielenią. Powietrze pachniało metalem i ozonem. Nad głową nie było nieba, jakie znała, tylko gęsty, fioletowy mrok przecięty bladymi smugami światła.
– Leo? Sara? – Kaja podniosła się z wysiłkiem.
Byli cali. To była dobra wiadomość. Zła była taka, że Explorer-5 zniknął.
Nie stał połamany w pobliżu. Nie dymił. Nie leżał rozbity między drzewami. Nie było nawet śladu po miejscu lądowania, tylko rozsypane na ziemi drobne, świecące opiłki, jakby statek rozpłynął się w powietrzu.
Sara wstała pierwsza i od razu sprawdziła tablet.
– Nic. Nie ma sygnału. Nie ma lokalizacji. Nie ma... niczego.
Leo podniósł z ziemi cienki, wygięty fragment panelu, jedyną rzecz, jaką znaleźli po statku.
– Musi tu być gdzieś dalej – powiedział, bardziej do siebie niż do nich. – Musimy go znaleźć, zanim zrobi się ciemniej.
Ruszyli między drzewami, ostrożnie omijając korzenie świecące pod warstwą mchu. Każdy krok brzmiał zbyt głośno. Co chwila wydawało im się, że coś porusza się na granicy wzroku, ale kiedy odwracali głowy, widzieli tylko migotanie liści i długie cienie.
Po kilkudziesięciu metrach Kaja zatrzymała się tak nagle, że Leo wpadł na jej ramię.
Przed nimi, na miękkiej ziemi, ciągnął się ślad stóp.
Nie były ludzkie. Były zbyt szerokie, zbyt głębokie i świeciły bladym niebieskim blaskiem, który pulsował w rytm dziwnego buczenia dochodzącego z oddali. Ślad prowadził w głąb lasu, prosto między powyginane pnie.
W tej samej chwili wszystkie liście wokół nich zadrżały naraz, jakby ktoś przesunął po nich niewidzialną dłonią. W powietrzu rozszedł się wysoki, przeciągły dźwięk, cienki jak alarm i cichy jak szept.
– Słyszeliście to? – wyszeptała Kaja.
Zamilkli.
Buczenie znów się zmieniło. Tym razem było bliżej.
Spomiędzy drzew wychynął cień. Najpierw niewyraźny, potem coraz wyższy, jaśniejszy, jakby sam wyrastał ze światła unoszącego się nad ziemią. Trójka nastolatków cofnęła się jednocześnie, nie mogąc oderwać od niego wzroku.
Postać zatrzymała się na skraju rozświetlonej polany.
A wtedy całe otoczenie zaczęło pulsować, jakby planeta właśnie zauważyła, że ktoś na nią patrzy.