Pewien zwyczajny szkolny poranek kończy się w stołówce 7A, gdy grochówka zaczyna zachowywać się tak, jakby miała własne plany.
Tego ranka w Szkole Podstawowej nr 39 im. Kazimierza Wielkiego coś było wyraźnie nie tak. Korytarze pachniały przypalonym tostem, kawą rozpuszczalną pani woźnej i czymś jeszcze, czego nikt nie potrafił nazwać. Nad wejściem wisiał różowy balonik z napisem „Impreza życia”, jakby szkoła sama z siebie postanowiła zrobić kiepski żart.
Hania, uczennica trzeciej klasy gimnazjum, przyglądała się temu z miną osoby, która już wie, że dzień nie będzie prosty. Obok szedł Wojtek, mistrz sucharów i człowiek, który potrafił rozbroić każdą ciszę jednym fatalnym dowcipem, a za nimi Lena, oszczędna w słowach do tego stopnia, że każde jej zdanie brzmiało jak komunikat alarmowy. Razem wylądowali przy swoim stoliku w stołówce 7A, gdzie unosił się zapach grochówki i lekkiej tragedii.
– To wygląda jak zupa po ciężkim przejściu – mruknęła Lena, patrząc, jak łyżka odbija się od powierzchni zupy z głuchym „plum”.
– Bo pani Jadwiga podobno pomyliła przepis z instrukcją do galaretki – odparł Wojtek. – Efekt uboczny: grochówka ma własną osobowość.
Hania właśnie miała odpowiedzieć, kiedy groszek w jej talerzu drgnął. Potem drugi. Po chwili całe dno zupy zaczęło układać się w litery, powoli, jakby ktoś pisał je pod wodą. Lena spojrzała do kubka z kompotem i zesztywniała.
– Hania... te wiśnie właśnie na mnie mrugnęły.
Hania pochyliła się nad talerzem. Litery dopinały się jedna po drugiej, aż na powierzchni zupy pojawiło się krótkie słowo: „UCIEKAJ”.
W tej samej chwili z kuchni dobiegł huk. Drzwi otworzyły się z takim impetem, że o mało nie wyrwały zawiasów, a do stołówki wpadła pani Jadwiga. Miała na fartuchu ślady bitej śmietany, groszku i brokatu, jakby przed chwilą walczyła z konfetti albo czymś znacznie gorszym.
– Nie ruszać się! – krzyknęła. – I nie jeść tego, co jeszcze żyje!
W stołówce zapadła cisza tak głęboka, że słychać było brzęczenie jarzeniówek. Wtedy spod talerza Hani wysunęła się zielonkawa masa, pulsująca jak coś, co nie powinno istnieć. Drgnęła, rozciągnęła się i z niepokojącą pewnością zaczęła sunąć w stronę podłogi.
– To jest bardzo zły moment na głód – szepnął Wojtek.
Masa nagle podskoczyła, rozpryskując kilka świecących kropelek, i pomknęła prosto w stronę drzwi na korytarz. Lena już była w biegu.
– Za mną.
Hania zerwała się z miejsca, a w tej samej sekundzie z kuchni dobiegł kolejny dźwięk. Tym razem nie był to huk. To był niski, przeciągły pomruk, jakby coś ogromnego właśnie obudziło się pod stołówką 7A.