W liceum Kopernika trwa absurdalny wyścig o najbardziej odjechaną klasową wycieczkę, a 2B właśnie wpada na pomysł, który wygląda jak żart. Do chwili, gdy przestaje nim być.
Sala 24 w Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika rano wyglądała tak, jakby ktoś próbował ją urządzić między jedną a drugą katastrofą. Ławki były podpisane markerami, na parapecie leżał samotny skarpetkowy pacjent bez pary, a na tablicy ktoś nabazgrał: „Kosmos wzywa!”. Pod spodem dopisano mniejszym drukiem: „albo wyrywa kredę”.
Agnieszka, przewodnicząca klasy 2B z wyboru mniej więcej tak demokratycznego jak losowanie numerów w stołówce, siedziała na swoim miejscu i patrzyła, jak Kuba odwrócił krzesło tyłem do tablicy. W jednej ręce miał mandarynkę, drugą podrzucał ogryzek jabłka, jakby ćwiczył przed występem cyrkowym albo przed przyszłym rozczarowaniem życiem.
Cała klasa udawała, że interesuje się czymś bardzo pilnym, choć wszyscy czekali na to samo. W tym roku wycieczka klasowa miała być nie byle jaka. Dyrekcja ogłosiła konkurs na „najbardziej nietypowy wyjazd”, co w praktyce oznaczało, że każda klasa dostała wolną rękę i bardzo ciasną pętlę na szyję. 2A już rezerwowała escape room. 2C chwaliła się spływem kajakowym. A 2B, jak zwykle, miała świetne pomysły i fatalne wyczucie momentu.
Wychowawczyni, pani Warda, przeglądała maila od dyrektora z miną osoby, która czyta własny wyrok, tylko w bardziej eleganckiej czcionce. Temat wiadomości brzmiał: „Wycieczka? Oryginalność mile widziana!”. Pani Warda odłożyła okulary, przetarła skronie i spojrzała na klasę tak, jak patrzy się na przewód pod napięciem, którego nikt jeszcze nie odłączył.
– Dobra – odezwał się Kuba, balansując mandarynką na czubku palca. – Jeśli mamy przegrać z honorem, to przynajmniej efektownie. Escape room? Nuda. Kajaki? Nuda z wodą. My musimy wymyślić coś, o czym inni będą opowiadać przez lata.
– Albo coś, po czym psycholog będzie miał z nami pełny grafik – mruknęła Julka z ostatniej ławki, nie podnosząc wzroku znad telefonu.
Klasa parsknęła śmiechem. Posypały się propozycje: wycieczka do lokalnej cukierni w ramach „badania naukowego”, nocleg w muzeum w imię „kontaktu z kulturą” albo rajd po okolicy z mapą, kompasem i kompletnym brakiem szacunku do własnego planu dnia. Ktoś zaproponował degustację wszystkich pączków w mieście. Ktoś inny, już zupełnie bez wstydu, wyprawę na biegun północny w klapkach. Kuba uniósł rękę, jakby właśnie zamierzał ogłosić odkrycie epoki.
– A gdyby tak... naprawdę przesadzić? – powiedział. – Niech wycieczka będzie historią. Prawdziwą. Taką, co nawet wuefista słucha z otwartą buzią.
– Ty już wystarczająco przesadzasz na biologii – odparła Julka.
Wtedy z tyłu, tam gdzie zwykle panowała cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem do papieru, odezwała się Lena. Najcichsza w klasie, zawsze trochę obok hałasu, jakby obserwowała wszystko z miejsca, do którego inni nawet nie zaglądali.
– A może... polećmy w kosmos?
Zapadła chwila absolutnej ciszy, a potem wybuchł śmiech. Krótki, głośny, zbyt pewny siebie. Agnieszka odchyliła się na krześle.
– Jasne. I jeszcze po drodze zahaczymy o Marsa po kredki – powiedziała.
Ale Lena nie zaśmiała się razem z nimi. Wyjęła z plecaka niewielkie srebrzyste urządzenie. Nie było ani ładne, ani praktyczne. Wyglądało jak pilot do telewizora z przyszłości, kalkulator, który się obraził, i coś, co ktoś mógł kupić na bazarze tylko dlatego, że „świeciło”. Przez moment wszyscy patrzyli na to w milczeniu, próbując zdecydować, czy to żart, rekwizyt, czy początek kłopotów.
Lena nacisnęła przycisk.
Światło w klasie zgasło na ułamek sekundy, potem zamigotało tak mocno, że ktoś jęknął. Ławki drgnęły, kreda potoczyła się po podłodze, a za oknem niebo wykrzywiło się w sposób, którego nie dało się uznać za normalny nawet w poniedziałek o ósmej rano. W miejscu boiska pojawiło się coś wielkiego, błyszczącego i obracającego się leniwie nad szkołą jak metalowy talerz wyrwany z innej rzeczywistości.
Pani Warda wypuściła z ręki telefon.
Kuba zamarł z mandarynką w powietrzu.
Agnieszka otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden sensowny dźwięk.
Z zewnątrz dobiegł niski, miękki szum, jakby ktoś otwierał drzwi do bardzo dalekiego miejsca. Przy oknie rozsunęło się przezroczyste wejście, a za nim rozciągnęła się ciemność usiana ruchomymi punktami światła. Nie wyglądało to jak dekoracja. Nie wyglądało to nawet jak porządny sen. Wyglądało jak problem, który właśnie wszedł do sali 24 bez pukania.
Lena spojrzała na nich z dziwnym spokojem i uśmiechnęła się tak, jakby przez cały czas wiedziała, że to się wydarzy.
– No dobra – powiedziała cicho. – To kto pierwszy?
Nikt się nie ruszył.
A potem z tyłu sali rozległ się pojedynczy stukot, jakby coś ciężkiego odblokowało się pod podłogą, i wszyscy odwrócili głowy dokładnie w tej samej sekundzie.