Marek z 8B uruchamia w starym laboratorium dziwaczny odkurzacz czasu, a lekcja fizyki zamienia się w coraz bardziej osobliwy chaos.
W szkole imienia Mikołaja Kopernika w Świdrówce Dolnej przerwy nie służyły odpoczynkowi. Służyły przetrwaniu. Trzeba było wywalczyć miejsce przy kaloryferze, ominąć patrol dyżurnych i jeszcze zdążyć przed dzwonkiem, który zawsze brzmiał tak, jakby miał do wszystkich osobisty żal.
Tamten czerwcowy dzień zaczął się jednak tak, że nawet szkolny chaos wyglądał przy nim na grzeczną próbę generalną. Już na pierwszej lekcji pani Woźniak wpadła na pomysł, którego nikt nie zdążył zatrzymać. Nauczycielka fizyki, znana z tego, że potrafiła zrobić doświadczenie z czegokolwiek, co akurat znalazło się na biurku, kazała klasie 8B iść do starego laboratorium na końcu korytarza.
Niewielu uczniów tam bywało. Pomieszczenie miało opinię miejsca, do którego rzeczy trafiają tylko po to, żeby zniknąć na lata. Podobno kiedyś stał tam komputer tak stary, że jego monitor przypominał akwarium, a po jednym nieudanym eksperymencie ktoś przez przypadek zalał stół zielonym płynem. Od tamtej pory drzwi otwierano rzadziej niż klasową lodówkę po weekendzie.
Pani Woźniak nie wyglądała jednak na kogoś, kogo odstraszają plotki. Odchyliła ciężkie drzwi, które jęknęły tak, jakby miały własne zdanie, i weszła pierwsza.
– Dzisiaj sprawdzimy ciśnienie. Bez paniki. To tylko fizyka – powiedziała z tym swoim niebezpiecznie pogodnym uśmiechem.
Marek, który zawsze sprawiał wrażenie, jakby był w połowie drogi między genialnym pomysłem a katastrofą, rozejrzał się po laboratorium z natychmiastowym zainteresowaniem. Miał na nadgarstku własnoręcznie zrobiony zegarek, który od dawna uparcie spieszył się o pięć minut. Marek twierdził, że to nie błąd, tylko przewaga strategiczna.
W kącie sali zauważył coś, co nie wyglądało ani na przyrząd, ani na mebel, ani nawet na szkolny złom. Stała tam ogromna, okrągła maszyna z szeregiem przycisków, dźwigni i małych lampek. Była tak nie na miejscu, że aż robiła wrażenie, jakby ktoś wstawił do laboratorium fragment statku kosmicznego i zapomniał go zabrać.
Na metalowej tabliczce przytwierdzonej z przodu widniał napis: PROSZĘ NIE DOTYKAĆ – EKSPERYMENTALNY ODKURZACZ CZASU.
Marek zmrużył oczy.
– Kto podpisuje odkurzacz czasu? – mruknął.
– Ktoś, kto nie chce mieć problemów – odparła Ada bez odrywania wzroku od maszyny.
Ada miała ten szczególny talent, że potrafiła zauważyć katastrofę chwilę przed tym, jak ta katastrofa wchodziła do klasy. Gdyby szkoła organizowała mistrzostwa w przewidywaniu kłopotów, nikt nie miałby z nią szans.
– Nie dotykaj tego – dodała ciszej.
Marek już to robił.
Nie wyglądało to nawet jak świadoma decyzja. Jego ręka po prostu powędrowała do największego, czerwonego przycisku, jakby przycisk sam go wywołał po imieniu.
– Co najgorszego może się stać? – spytał z miną człowieka, który jeszcze nie wie, że właśnie sam sobie podstawił nogę.
Wokół zrobiło się nagle zbyt cicho. Nawet Łukasz, który zwykle nie reagował na nic poza baterią w telefonie, podniósł głowę znad ekranu.
– Marek… – zaczęła Ada.
Za późno.
Przycisk kliknął pod palcem Marka.
Przez sekundę nic się nie wydarzyło. Wszyscy zamarli. Ktoś z tyłu klasnął raz, jakby chciał sprawdzić, czy to już koniec przedstawienia.
Potem maszyna kichnęła.
Nie było to zwykłe kichnięcie. Bardziej coś pomiędzy sapnięciem starego lokomotywowego kotła a chichotem, którego nikt nie chciał usłyszeć. Odkurzacz czasu zatrząsł się tak mocno, że jeden z przewodów wyskoczył z boku i zafalował w powietrzu jak rozjuszony wąż. Lampki zaczęły migać w szalonym tempie, dźwignie podskoczyły, a z wnętrza urządzenia buchnął zapach przypalonych naleśników.
– To nie brzmi dobrze – powiedział Łukasz, odkładając telefon.
– To nie wygląda dobrze – dodała Ada.
– I bardzo nie pachnie dobrze – dorzucił ktoś z ostatniej ławki.
Wtedy po laboratorium przemknął wir powietrza, tak gwałtowny, że kilku uczniów odruchowo przytrzymało zeszyty. Na ścianie zamigotał jasny błysk, a z kąta sali dobiegł przeciągły pisk, jakby ktoś przeciągał kredą po metalowej tablicy.
– Patrzcie na zegarek Marka! – krzyknął ktoś.
Wszyscy odwrócili głowy.
Wskazówki kręciły się w przeciwną stronę.
Sekundnik szarpał się po tarczy jak oszalały.
Marek odruchowo cofnął rękę, ale maszyna już nie dawała mu wyboru. Podłoga pod ich stopami drgnęła drugi raz, mocniej. Z sufitu zaczęły schodzić świetliste linie, które układały się w coś bardzo podobnego do mapy nieba. Tyle że nie była to żadna zwykła mapa. Gwiazdy pulsowały, przesuwały się i łączyły w kształty, które nie chciały zostać na miejscu ani przez sekundę.
Z głośnika odezwał się metaliczny głos:
– Sekwencja aktywna. Proszę przygotować się na...
Urwał się w połowie zdania.
Maszyna zajaśniała tak mocno, że wszyscy zmrużyli oczy. W samym środku laboratorium zaczęła wirować spiralna smuga światła, coraz większa, coraz jaśniejsza i zdecydowanie zbyt żywa jak na coś, co powinno stać w szkolnym kącie między starym stołem a szafką z popękanym szkłem.