Felek i kotka Luna wyruszają małą rakietą na tajemniczą planetę, gdzie nocne niebo miga jak żywe. Kto ich tam woła i co czeka tuż za drzwiami?
Felek najbardziej lubił noc, kiedy mógł leżeć przy oknie i wypatrywać gwiazd. Pewnego wieczoru niebo zrobiło coś dziwnego: wszystkie gwiazdy ustawiły się w szeroki, zaczepny uśmiech. Luna momentalnie wskoczyła na parapet. Jej wąsy zadrżały, a w pokoju rozległo się ciche mruczenie.
Wtedy Felek usłyszał lekkie „biiip!”. Na dywanie, tuż obok łóżka, stała malutka rakieta. Była niebiesko-srebrna, połyskiwała jak cukierek i miała dwa miękkie fotele w środku. Drzwiczki uchyliły się same, powoli, jakby ktoś bardzo grzecznie zapraszał do środka.
— Lecimy? — zapytała Luna, przekrzywiając głowę.
Felek aż wstrzymał oddech. Przytulił kotkę i razem wsiedli do rakiety. W środku pachniało słodko, jak wata cukrowa i świeże powietrze po burzy. Za oknem migały małe planety, zielone i pomarańczowe, a rakieta najpierw kołysała się delikatnie, potem drgnęła mocniej i nagle pomknęła tak szybko, że gwiazdy zamieniły się w długie, srebrne kreski.
Po chwili przed nimi pojawiła się fioletowa planeta. Kręciły się wokół niej błyszczące gwiazdki, tylko jedna z nich wyglądała zupełnie inaczej. Była ogromna, złota i miała kształt lizaka. I co najdziwniejsze, machała do nich.
Rakieta zaczęła schodzić niżej. Luna nastawiła uszy, a Felek mocniej ścisnął jej łapkę.
— Kto nas tam woła? — szepnął.
W tej samej chwili drzwiczki rakiety rozsunęły się szerzej, a z zewnątrz wlało się jasne światło. Coś poruszyło się tuż przed wejściem na planetę.