Pola i robot Bzyk odkrywają w ogrodzie tajemniczą świetlną ścieżkę. Prowadzi do starej szopy, gdzie czeka rakieta i ktoś, kto bardzo potrzebuje pomocy.
Pewnego wieczoru, gdy w pokoju Poli robiło się już cicho i miękko od snu, dziewczynka spojrzała przez okno. W ogrodzie migały drobne, kolorowe światełka. Nie świeciły jak lampki ani jak latarnie. Mrugały raz po raz, jakby ktoś zostawiał po ciemku tajemniczą wiadomość.
Pola aż usiadła prosto na łóżku. Zaraz przywołała swojego najlepszego przyjaciela, małego robota Bzyka. Był srebrny, miał wesołe czułki i sprężynki zamiast nóg. Gdy się spieszył, podskakiwał tak, że aż cichutko brzęczał.
Bzyk podbiegł do okna i zamigotał oczkami. „To wygląda jak ślad” — szepnął. „Chodźmy sprawdzić”.
Pola otworzyła drzwi tak ostrożnie, jak tylko umiała. Wyszli do ogrodu, gdzie noc pachniała trawą, a światełka układały się jedno za drugim w wąską, świetlistą ścieżkę. Prowadziła prosto do starej szopy stojącej pod jabłonią.
Szopa zwykle skrzypiała i wyglądała jak zwykłe miejsce na narzędzia. Teraz jednak spod drzwi sączył się błękitny blask. Pola dotknęła klamki. Drzwi uchyliły się z lekkim skrzypnięciem.
W środku stała rakieta. Lśniła wszystkimi kolorami, miała mnóstwo guziczków i małe obrazki gwiazdek na bokach. Zanim Pola i Bzyk zdążyli cokolwiek powiedzieć, usłyszeli cichy, drżący głos:
„P-pomocy… potrzebuję waszej pomocy!”
Z wnętrza rakiety wyszedł mały zielony kosmita z trzema oczkami i szerokim uśmiechem. „Czy pomożecie mi wrócić na moją planetę?” — zapytał.
W tej samej chwili rakieta lekko zadrżała. Potem zamigotała mocniej. I jeszcze mocniej. Jakby już za chwilę miała się obudzić i gdzieś polecieć.