Troje licealistów trafia do baru, o którym krążą absurdalne plotki. W środku czekają latające naleśniki, pingwin w trampkach i coś znacznie gorszego niż sprawdzian z matmy.
Bar „Kosmiczny Burger” od lat był szkolną legendą, miejscem, o którym mówiło się półgłosem na korytarzu i śmiano się zbyt głośno, żeby brzmieć jak ktoś, kto naprawdę wierzy w te historie. Podobno raz do roku z toalety wychodził pingwin w trampkach i zamawiał podwójnego cheeseburgera. Podobno kuchnia miała więcej wspólnego z laboratorium niż z gastronomią. Podobno. Zosia, Adaś i Igor uznali jednak, że skoro plotki i tak żyją własnym życiem, to warto sprawdzić jedną z nich osobiście.
Igor zatrzymał się jeszcze przed drzwiami i poprawił telefon w dłoni. „Jeśli spotkamy obcych, ja robię selfie nawet z UFO” — oznajmił z miną człowieka, który dawno przestał odróżniać odwagę od głupoty.
Weszli do środka i od razu poczuli, że ten lokal nie powinien istnieć w żadnym normalnym mieście. Za ladą stał kucharz w fartuchu w kratkę, z różowymi włosami sterczącymi jak po porażeniu prądem, a nad patelnią unosiły się jajka, obracając się w powietrzu z irytującą pewnością siebie. Na ścianach wisiały plakaty z turniejów szachowych kosmitów, a na ekranie nad barem leciał serial o matematycznych ninja. Zosia zdążyła tylko unieść brwi, kiedy pierwszy naleśnik przeleciał nad ich głowami i donośnym głosem wyrecytował: „a² + 2ab + b²”.
„To chyba jakiś żart” — szepnęła, ale nawet dla niej brzmiało to mało przekonująco.
W tej samej chwili światło zamigotało tak mocno, że wszyscy odruchowo przymknęli oczy. Z kuchni wypadł pingwin w trampkach, ściskając w skrzydłach kalkulator, który wyglądał, jakby miał zaraz wystrzelić rakietę. „Alarm! Inwazja naleśników typu pi!” — wrzasnął.
Kucharz rzucił w ich stronę drewnianą chochelką. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a po suficie zaczęły wirować cyfry, układając się w spiralę. Adaś cofnął się o krok, po czym wskazał palcem Igora.
„No świetnie. To na pewno przez twoje selfie” — syknął.
Zza baru wyłoniła się wtedy sylwetka w srebrzystym kombinezonie. Latające naleśniki zawisły wokół trójki nastolatków jak stado wyjątkowo obrażonych ptaków i zaczęły recytować wzory coraz szybciej, aż słowa zlały się w jeden nerwowy szum. Pingwin uniósł kalkulator, nacisnął na nim duży, pulsujący przycisk i w barze rozbłysło białe światło, jakby ktoś otworzył drzwi do czegoś, czego nikt nie powinien oglądać...