Na opuszczonym dworcu w Zielonej Dolinie Amelia, Tymon i Daria trafiają na klucz i zapisane symbolami notatki. Gdy noc gęstnieje, w ciemności pojawia się coś, czego nie powinno tam być.
Stary dworzec kolejowy w Zielonej Dolinie od lat stał pusty, jakby ktoś wyrwał go z rozkładu jazdy i zostawił między jedną historią a drugą. Zarośnięte tory ginęły w wysokich trawach, a hala, kiedyś pełna głosów i pośpiechu, teraz oddychała tylko przeciągłym chłodem. Właśnie to milczenie przyciągało Amelię, Tymona i Darię najbardziej.
Nie powinni tam wracać. A jednak kiedy późnym popołudniem Daria zauważyła coś metalicznego w szczelinie murku przy wejściu na peron, cała trójka od razu wiedziała, że nie odpuści.
To był klucz. Ciężki, stary, z wytartym oczkiem i rysą na zębie, jakby długo czekał na czyjąś dłoń.
Tymon uśmiechnął się krzywo, bardziej z przyzwyczajenia niż z pewności siebie.
Amelia nie powiedziała nic. Obracała klucz w palcach, czując pod opuszkami zimny metal i dziwny, niemal nerwowy dreszcz, który przechodził jej po plecach. W końcu schowała go do kieszeni i pierwsza ruszyła w stronę hali.
Zapadł zmierzch. Szyby w oknach dawno były popękane, a przez ich zmatowiałe tafle sączyły się smugi bladego światła, rozcinające kurz i półmrok. Zegar nad dawną kasą wisiał przekrzywiony, zatrzymany na godzinie, która nic już nie znaczyła. Mimo to Amelia miała wrażenie, że wskazówki przesunęły się o milimetr, kiedy minęła wejście.
Drzwi do maszynowni znaleźli szybciej, niż się spodziewali. Rdza zjadła zamek, ale klucz wszedł gładko, jakby naprawdę należał do tego miejsca. Chwilę później coś zaskrzypiało i ciężkie skrzydło uchyliło się z jękiem.
W środku pachniało kurzem, smarem i mokrym betonem. Na półkach stały zakopcone segregatory, pudełka po narzędziach i porozrzucane części, których przeznaczenia nikt z nich nie potrafił odgadnąć. Na samym końcu pokoju, przy obdrapanym biurku, leżał cienki zeszyt opasany sznurkiem.
Amelia podniosła go pierwsza.
Strony były zapisane drobnym, pośpiesznym pismem, przeplatanym cyframi, schematami i znakami, które bardziej przypominały ostrzeżenia niż notatki. Nie było podpisu, nie było daty. Tylko coraz gęstsze rzędy symboli i jedno powtarzające się słowo, zaznaczane tak, jakby autor bał się je wypowiadać.
Tymon nachylił się nad zeszytem.
Z głębi korytarza dobiegł metaliczny trzask, suchy i nagły, jakby coś ciężkiego przewróciło się po drugiej stronie ściany. Daria odskoczyła, a latarka zadrżała w jej dłoni.
Potem rozległ się szept. Cichy, zbyt bliski.
Amelia poderwała głowę. Tymon zamarł. Daria cofnęła się o krok, z trudem łapiąc oddech.
Latarka Amelii nagle zamigotała. Raz. Drugi.
I wtedy zza regałów, w samym końcu maszynowni, wypłynął krąg świateł.