Lena przechodzi przez granicę zwykłego świata i trafia do Miasta Luster, gdzie odbicia kłamią, ulice oddychają, a ktoś czekał na nią od dawna.
Lena od dawna miała wrażenie, że świat, w którym żyje, jest tylko cienką powłoką. Najbardziej odczuwała to nad ranem, kiedy noc za oknem była czarna i nieruchoma, a własny oddech brzmiał zbyt głośno, jakby zaraz miał zdradzić jej obecność.
Tego wieczoru wracała sama ze starego kampusu. Po deszczu bruk lśnił jak świeżo wypolerowany metal, a latarnie rozlewały na ulicę blade, bursztynowe plamy. Miasto było niemal puste, tylko w kałużach drżały rozbite światła samochodów i okien. Lena szła wolno, wpatrzona w te odbicia, aż jedno z nich błysnęło zbyt ostro, nienaturalnie, jak sygnał wysłany tylko do niej.
Zatrzymała się. W kałuży przy krawężniku nie zobaczyła własnej twarzy, tylko inną ulicę: wąską, zalaną chłodnym, niebieskim blaskiem, z wysokimi, srebrnymi sylwetkami stojącymi nieruchomo po obu stronach. Przez ułamek sekundy miała pewność, że patrzy na miejsce oddalone nie o kilometry, ale o cały inny porządek rzeczy.
Pochyliła się odruchowo i dotknęła powierzchni wody. Palce przeszły przez nią bez oporu, jak przez napiętą błonę. Lena wciągnęła powietrze, lecz zanim zdążyła się cofnąć, grunt pod stopami zmiękł. Kałuża otworzyła się pod nią jak ciemne oko, a ona runęła w dół, wśród szeptów, migotania szkła i urywków głosów mówiących w języku, którego nie znała.
Upadła na chłodny kamień. Przez chwilę leżała bez ruchu, próbując odzyskać oddech, potem podniosła głowę i zamarła.
Stała w samym środku Miasta Luster. Wysokie wieże o ścianach z polerowanego metalu odbijały się jedna w drugiej tak długo, że gubiło się granice między perspektywą a przepaścią. Uliczki wiły się między budynkami jak szczeliny w pękniętym zwierciadle. Z mroku przemykały cienie, lecz nie wszystkie należały do ludzi.
Za jej plecami rozległ się spokojny krok. Lena odwróciła się gwałtownie.
Z ciemności wyłonił się wysoki mężczyzna w długim płaszczu. Jego twarz była niemal nieruchoma, jakby składała się z samego odbicia świateł miasta. Spojrzał na nią uważnie, bez cienia zdziwienia.
-Wiedziałem, że w końcu przyjdziesz - powiedział cicho. - Teraz nie możesz się już wycofać.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, gdzieś nad dachami rozległ się trzask tłuczonego szkła. Jeden, potem drugi. Światło w uliczkach zadrżało, a metalowe ściany wież zaczęły falować, jakby miasto nagle straciło pewność własnego kształtu. Lena poczuła, że coś, co właśnie ją odnalazło, rusza w jej stronę.