Björn płynie z drużyną ku zapomnianemu fiordowi, lecz jeszcze przed wyruszeniem znika amulet wodza. W mroku zostaje tylko ślad prowadzący ku miejscu, którego wszyscy woleliby nie budzić.
Cień chmur przesuwał się po poszarpanych skałach fiordu Odyna jak ostrze po kamieniu. Björn stał na skraju obozu i patrzył, jak mgła pełznie nisko nad wodą, rozdzierana przez zimny wiatr znad północy. Pachniało solą, dymem i deszczem, który jeszcze nie spadł, ale już wisiał w powietrzu.
Obok niego krzątali się ludzie z drużyny. Olaf, z tym swoim krzywym uśmiechem, rzucił coś pod nosem, co miało brzmieć jak żart, Rune milczał jak zawsze, a Astrid poruszała się lekko i pewnie, jakby nawet skały ustępowały jej z drogi. Björn znał ich na tyle dobrze, by wiedzieć, że każdy niesie własny ciężar, choć nikt nie mówi o nim głośno.
Eirik, wódz o szerokich barkach i brodzie zmierzwionej jak grzywa starego wilka, wyszedł przed ognisko z rogiem w dłoni. Płomień zatańczył na metalowych okuciach jego pasa, kiedy uniósł naczynie wysoko.
— O świcie wypłyniemy tam, gdzie inni zawracali — powiedział. — Za tymi skałami czeka fiord, którego nie ma na żadnej uczciwej mapie. Jeśli bogowie jeszcze coś ukrywają, jutro będziemy pierwsi, którzy to zobaczą.
Odpowiedziały mu śmiech, brzęk rogów i łoskot dłoni uderzających o tarcze. Björn także uniósł kubek z miodem, lecz nie odrywał wzroku od Astrid. Przez ułamek chwili wydawało mu się, że coś ukrywa, ale jej twarz znów stała się gładka i nieprzenikniona.
Noc przyszła nagle, ciężka i czarna jak smoła. Ogień przygasł, a nad obozem krążyły dwa kruki, nieruchome w powietrzu, jakby same nasłuchiwały. Björn zasnął z dłonią na toporze i obudził się dopiero o świcie, kiedy Eirik zaklął cicho i przetrząsnął swój pas po raz trzeci.
Amuletu nie było.
Broda wodza drgnęła z gniewu. Jego spojrzenie przesunęło się po twarzach drużyny, twarde i zimne.
— Kto dotknął mojego znaku?
Nikt się nie odezwał. Tylko wiatr szarpał płóciennym dachem, a gdzieś w oddali kruki skrzeczały tak, jakby drwiły z ciszy. Björn zauważył wtedy ślady w mokrej ziemi, prowadzące ku starej ścieżce wśród omszałych głazów, tej samej, o której starzy rybacy mówili szeptem, że nie prowadzi donikąd, tylko do miejsca, z którego nie wszyscy wracają tacy sami.
Rune nagle zesztywniał. Wyciągnął rękę bez słowa i wskazał coś pomiędzy kamieniami.
Leżał tam mały srebrny wisiorek, obcy i lśniący w bladym świetle poranka.
Björn zacisnął palce na trzonku topora. Nikt nie ruszył się z miejsca, ale wszyscy poczuli to samo: ktoś był tu w nocy. I jeśli ścieżka naprawdę prowadziła tam, dokąd nikt nie powinien iść, właśnie zaczęła wzywać ich po imieniu.