Kruki Odyna

Zimowa noc spowija Skjoldheim, a Rurik wraca do domu, który zdaje się już na niego nie czekać. Na drzwiach chaty znajduje znak, którego nikt nie powinien znać.

Na północnym wybrzeżu, gdzie morze tłukło się o czarne skały jak rozwścieczony olbrzym, leżał Skjoldheim. Zima zacisnęła na wiosce lodowe palce, a najdłuższa noc roku zbliżała się bez pośpiechu, ciężka i bezlitosna. W takich godzinach nawet ludzie przywykli do burz częściej spoglądali w mrok za plecami.

Rurik szedł wąską, zasypaną ścieżką między chatami. Dopiero co wrócił z wyprawy do obcych krain, a wraz z nim wróciło coś, czego nie potrafił z siebie zrzucić. Zmęczenie, wspomnienie obcych twarzy, cień dawnych decyzji. W wiosce mówiono już o dziwnych pieśniach słyszanych po zmroku i o krukach, które miały krążyć nad jego domem częściej, niż wypadało to uznać za przypadek.

Kiedy stanął przed rodzinną chatą, księżyc wyszedł zza chmur i ostro przeciął biały śnieg. Na dębowych drzwiach zobaczył znak. Nie był to zwykły runiczny zapis, jaki wykuwano na amuletach czy belkach domów. Spiralny symbol wił się w drewno jak ślad pozostawiony przez coś, co nie znało ludzkiej ręki. Wokół niego ciemniały rysy po pazurach, świeże i głębokie.

Rurik zrobił krok bliżej. Na belce dachu drgnął cień, zbyt ciężki jak na nocnego ptaka. Przez krótką chwilę zdawało mu się, że patrzą na niego oczy błękitne jak lód pod taflą morza. Wtedy z ciemności dobiegł szept, tak cichy, że mógł być tylko wspomnieniem wiatru.

Tuż przy jego stopie coś błysnęło w śniegu.