Księga Dwóch Księżyców

Lena i Oskar znajdują tajemniczą księgę ukrytą za fałszywą ścianą. Jedno dotknięcie wystarcza, by przenieść ich do świata dwóch księżyców i obudzić coś, co nie powinno się przebudzić.

Lenie od początku wakacji wszystko wydawało się za ciche. Jej miasteczko leżało w upale jak zwierzę wygrzewające się na słońcu: bez ruchu, bez niespodzianek, bez choćby jednego porządnego sekretu. Po egzaminach marzyła o czymś, co wyrwie ją z tego letniego letargu, ale dni płynęły tak samo jak rzeka za domem i tak samo jak rozmowy z Oskarem, który zawsze potrafił wpaść na pomysł, ale rzadziej na coś naprawdę niezwykłego.

W czwartek rano zadzwonił jednak do niej inaczej niż zwykle. Oddychał szybko, jakby biegł przez pół miasta.

Zanim Lena zdążyła dopytać, rozłączył się.

Młyn stał na skraju lasu, zgarbiony i omszały, jakby od lat pilnował jakiejś starej obietnicy. Miejsce od dawna obrosło plotkami, a każda brzmiała bardziej niewiarygodnie od poprzedniej. Oskar czekał przy skrzypiących drzwiach, blady z emocji, z ciężką, skórzaną księgą przyciśniętą do boku.

Otworzył księgę na środku. Strony były pożółkłe, ale litery nie wyglądały na martwe. Przeciwnie - drgały lekkim, srebrnym światłem, jakby dopiero czekały, aż ktoś je odczyta.

Lena pochyliła się nad książką. Na kartach widniał rysunek ciemnogranatowego nieba i dwóch księżyców: jednego bladego jak lód, drugiego miedzianego jak rozgrzany metal. Czuła, że coś w tej ilustracji jest niepokojąco znajome, choć nie powinna mieć z nią żadnych wspomnień.

Litery przesunęły się, układając w nowy znak.

Zanim zdążyli się cofnąć, oboje dotknęli tej samej strony.

Przez ciało Leny przeszedł nagły dreszcz. Świat szarpnął się, jakby ktoś wyrwał z niego powietrze. Zniknęły ściany młyna, zapach kurzu i ciepło sierpniowego poranka. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że spada przez ciemność, a potem wszystko pękło w ostrym błysku.

Leżeli na wilgotnej ziemi w obcym lesie. Liście na drzewach miały srebrzysty połysk, jakby ktoś posypał je popiołem księżyca. Nad koronami drzew wisiały dwa olbrzymie księżyce - błękitny i miedziany - tak blisko, że wydawały się bardziej niebem niż ciałami niebieskimi. Powietrze pachniało jednocześnie dymem i zimnem.

Nagle coś przemknęło między krzakami. Mały stwór podobny do lisa zatrzymał się na moment na ścieżce. Miał błękitne, delikatne skrzydła i oczy złote jak płynny bursztyn. Popatrzył na nich uważnie, jakby rozpoznawał, że nie należą do tego miejsca, po czym zniknął w gęstwinie bez szelestu.

Lena otworzyła księgę. Na stronie, która przed chwilą była pełna znaków, pozostały tylko blade ślady, a reszta słów rozpływała się na jej oczach.

Wtedy niebo pociemniało. Nad horyzontem rozlała się krwista poświata, a tuż pod nią, powoli i nieuchronnie, zaczął wznosić się trzeci księżyc - ciemnofioletowy, obcy, zbyt wielki, by mógł należeć do spokojnego świata. Kiedy ukazał się w pełni, las zamarł.

Z głębi drzew dobiegł przeciągły ryk.