W mglistym Iralis Mira znajduje księgę, która nie opisuje magii, lecz ją przestawia. Gdy otwiera czarną oprawę, ktoś albo coś zaczyna zbliżać się między regałami.
Mira odgarnęła palcami pył z pękniętej płyty sklepienia i przez chwilę wsłuchała się w ciszę. Biblioteka w samym sercu Iralis nie milczała naprawdę - oddychała starym kamieniem, skrzypieniem regałów i szeptem zaklęć, które od wieków przesiąkały w mury. Nad miastem wisiała mgła tak gęsta, że nawet światło lamp magicznych wydawało się w niej szukać drogi po omacku. Ich blask sunął po ścianach, rozciągając cienie w sylwetki ptaków, wilków i stworzeń, których już nikt nie umiał nazwać.
Mira lubiła tu wracać po zmroku, kiedy nikt nie pilnował jej kroków i nikt nie zadawał pytań. Szukała rzeczy, których nie opisywały szkolne księgi - nie kolejnych formuł, nie bezpiecznych definicji, tylko śladów prawdziwej magii, tej kapryśnej, niepokornej, zmieniającej świat szybciej, niż człowiek zdążył zrozumieć własne słowa. Nauczyciele powtarzali, że wiedza porządkuje cud. Mira coraz częściej miała wrażenie, że prawdziwy cud zaczyna się tam, gdzie porządek pęka.
Tego wieczoru szukała traktatu o przemianach światła. Przesuwała dłonią po grzbietach ksiąg, aż nagle zatrzymała się na czymś lodowato zimnym. Z półki wysunęła wielką księgę w matowej, czarnej oprawie, ciężką jak mokry kamień. Nie wyglądała jak zwykły tom. Kiedy ją podniosła, poczuła pod palcami powolne, wyraźne uderzenie - jakby w środku biło ukryte serce.
Otworzyła okładkę tylko na szerokość dłoni. Zamiast druku strona rozjarzyła się granatowym światłem, a z blasku wypłynęły cienkie linie, które układały się w mapę Iralis. Tyle że miasto nie wyglądało tak, jak je znała. Ulice wiły się w obcych kierunkach, place przesuwały się między dzielnicami, a nad wieżami jarzyły się znaki, których wcześniej nie było. Potem pojawiły się słowa, pisane same z siebie, jakby ktoś po drugiej stronie kartki właśnie czekał, aż Mira spojrzy:
„Kto czyta, ten zmienia świat. Zanim wzejdzie słońce, możesz wybrać tylko raz.”
Mira wstrzymała oddech. W tej samej chwili z głębi biblioteki dobiegł ją ledwie słyszalny szelest, a między regałami przeciągnął się cień zbyt wysoki, by należeć do człowieka. Księga w jej dłoniach drgnęła, jakby rozpoznawała krok tego, kto nadchodził.