Dwoje nastolatków z Nowego Brzegu trafia na łąkę, gdzie nocne mgły skrywają coś starszego niż wiejskie opowieści.
W lipcowe noce za Nowym Brzegiem wszystko wyglądało tak, jakby świat oddychał ciszej. Księżyc wisiał nisko nad łąkami i kładł na trawach zimne, srebrne smugi. Ewa i Mikołaj wracali właśnie z gospodarstwa, zmęczeni po całym dniu pracy, ale jeszcze zbyt rozgrzani od wieczoru, żeby od razu rozejść się do domów.
Szli poboczem między pastwiskami, wśród zapachu siana, mięty i mokrej ziemi. O takich nocach starsi we wsi mówili szeptem, jakby nawet zwykłe słowa mogły coś przywołać. Ewa znała te opowieści od babci: o cieniach pod starym dębem, o śpiewie, który nie należał do ludzi, o łące, na której lepiej nie zatrzymywać się po zmroku.
Dąb stał właśnie przed nimi, czarny i masywny, z rozłożystymi konarami, pod którymi zawsze panował chłód. Mikołaj chciał już iść dalej, ale Ewa zwolniła. Coś w powietrzu było nie tak. Mgła, która zwykle snuła się nisko dopiero nad ranem, teraz podnosiła się z traw, gęsta i biała, i pełzła ku nim jak żywa.
– Słyszysz? – spytała cicho.
Najpierw usłyszał tylko własny oddech. Potem dołączył do niego dźwięk tak delikatny, że bardziej przypominał wspomnienie melodii niż prawdziwy śpiew. Nie płynął z lasu ani z wioski. Zdawał się dochodzić spod ziemi, z samego środka łąki.
Mikołaj ścisnął mocniej pasek od torby.
– To wiatr – rzucił, ale jego głos zabrzmiał zbyt szybko, zbyt pusto.
Ruszyli w stronę dźwięku. Z każdym krokiem mgła gęstniała, a znajoma droga rozpływała się w bieli. Zapach ziół stał się nagle ostrzejszy, niemal piekący, jakby ktoś rozgniótł pod ich stopami całe naręcza dziwnych roślin. Ewa zaczęła mieć wrażenie, że nie idą już po zwykłej łące, tylko po miejscu, które bardzo długo czekało, aż ktoś się tu zjawi.
W końcu mgła pękła przed nimi jak zasłona.
Po drugiej stronie nie było kolejnego skrawka pastwiska, tylko polana, której oboje nigdy wcześniej nie widzieli. Mała, okrągła, nieruchoma, zalana księżycowym światłem tak mocnym, że trawy aż srebrzyły się na krawędziach. Na środku stała dziewczyna w długiej sukni, utkanej jakby z rosy i blasku. Jej twarz ginęła w jasności, ale wokół niej unosiły się świetliki, krążąc w cichym, nerwowym wirze.
Ewa poczuła, że coś ściska ją w gardle. Mikołaj zrobił pół kroku do tyłu.
Dziewczyna uniosła głowę. Śpiew urwał się natychmiast, a cisza po nim była tak gęsta, że aż bolały uszy.
– Dlaczego tu przyszliście? – zapytała.
Nim któreś z nich zdołało odpowiedzieć, mgła ruszyła z obu stron polany. Oplotła im kostki, wspięła się wyżej, zimna jak woda ze studni. Światło księżyca nagle rozjarzyło się do granic bólu, a postać na środku polany zaczęła nabierać kształtu kogoś, kogo Ewa znała tylko z dziecięcych opowieści. Mikołaj chwycił ją za rękę.
Wtedy trawa pod nimi lekko drgnęła, jakby pod ziemią coś się przebudziło.