Zosia i Julek wymykają się nocą do starego boru, gdzie ma zakwitnąć Kwiat Paproci. W mgle czekają na nich szept, światło i zagadka, której nie spodziewali się usłyszeć.
Kończył się czerwiec, a noc była ciepła, lepka od zapachu trawy i rozgrzanych desek na ganku. Zosia leżała z otwartymi oczami i nasłuchiwała. Za oknem szumiał las, ale tej nocy nie brzmiał zwyczajnie. Szelest liści wydawał się bliższy, prawie jak szept wypowiadany tuż przy szybie.
W końcu dziewczynka usiadła na łóżku, wsunęła stopy w kapcie i po omacku podeszła do drzwi. Na zewnątrz księżyc zalewał podwórko mlecznym światłem. Na werandzie, oparty o słupek, czekał już Julek.
– Wiedziałem, że nie zasniesz – mruknął. W jego głosie drgało podniecenie.
Zosia spojrzała na niego i od razu poczuła, że serce bije jej szybciej. Tego wieczoru babcia znowu opowiadała o Nocy Kupały i o Kwiecie Paproci, który podobno zakwita tylko raz w roku, głęboko w pradawnym lesie. Mówiła to półgłosem, jakby sama nie była pewna, czy chce, by dzieci słuchały. A jednak każde jej słowo przyczepiło się do Zosi jak leśne nasiona do skarpety.
– Jeśli to tylko bajka, to wrócimy przed świtem – szepnęła.
– A jeśli nie? – spytał Julek.
Nie odpowiedziała. Ruszyli ścieżką za wieś, tam, gdzie kończyły się ogródki, a zaczynały ciemne pnie starych sosen. Las przyjął ich chłodem i wilgocią. Pod stopami uginał się miękki mech, a z gałęzi spadały pojedyncze krople rosy, chociaż deszcz nie padał od wielu dni. Nad ich głowami odezwała się sowa, a potem wszystko znowu ucichło.
Im głębiej wchodzili, tym bardziej drzewa przypominały milczących strażników. Paprocie wyrastały po obu stronach ścieżki jak zielone dłonie. Zosia miała wrażenie, że las oddycha razem z nimi. I wtedy zobaczyła światło.
Migotało między pniami, maleńkie i złote, po czym znikało, jakby bawiło się z nimi w chowanego.
– Widzisz? – Zosia złapała Julka za rękaw.
– Widzę.
Poszli za błyskiem. Ścieżka zwęziła się i zniknęła pod korzeniami. Drzewa pochyliły się tak nisko, że gałęzie prawie dotykały ich ramion. W trawie pojawiły się kamienie porośnięte mchem, a na nich dziwne znaki, których Zosia nigdy wcześniej nie widziała. Mgła zaczęła spływać z głębi boru, gęsta i zimna jak oddech.
Wtedy usłyszeli szept.
Nie dochodził z jednego miejsca. Płynął z każdej strony naraz, miękki i cichy, jakby las mówił przez zamknięte usta.
„Stójcie. Kto szuka kwiatu, musi najpierw odpowiedzieć na pytanie.”
Zosia zastygła. Julek cofnął się o krok. Na omszałym kamieniu tuż przed nimi coś poruszyło się w mgle. Po chwili wyłoniło się maleńkie stworzenie ze skrzydłami jak u ważki i oczami zielonymi jak świeży liść.
Uniosło głowę i odezwało się głosem, od którego Zosi przeszedł po plecach dreszcz.
– Powiedzcie mi... kto naprawdę słyszy las?