Labirynt luster

Sylwia i Adrian trafiają za uchylone drzwi starej kamienicy do miejsca, w którym lustra nie tylko odbijają rzeczywistość, ale też skrywają coś, co zaczyna ich obserwować.

Stara kamienica na rogu ulicy Złotniczej od lat budziła niepokój i ciekawość. Jej okna świeciły zbyt jasno po zmroku, a wejściowe drzwi jęczały przy każdym podmuchu wiatru, jakby ktoś od środka próbował je otworzyć. Sylwia, studentka historii sztuki, wprowadziła się tu zaledwie dwa tygodnie wcześniej i od razu poczuła, że budynek ma własne, cierpliwe spojrzenie.

Tego wieczoru wracała na trzecie piętro później niż zwykle. Korytarz był pusty, ale na jego końcu dostrzegła coś, co kazało jej zwolnić krok. Drzwi, zawsze zamknięte na ciężką kłódkę, stały uchylone na szerokość dłoni. Z wnętrza sączyło się zimne, drżące światło, jakby ktoś rozbił tam setki małych luster.

Sylwia zawahała się tylko przez moment. Potem pchnęła skrzydło i weszła do środka.

Po drugiej stronie nie było pokoju. Był korytarz, długi i wąski, skąpany w odbiciach. Ściany, sufit, a nawet podłoga pokrywały lustra, które mnożyły blask do tego stopnia, że trudno było odróżnić kierunek. W jednej z tafli zobaczyła własną twarz, ale obraz nie powtórzył jej ruchu. Uśmiechnął się pierwszy.

Sylwia cofnęła rękę tak gwałtownie, że niemal straciła równowagę.

— Adrian? — szepnęła, dostrzegając stojącego kilka kroków dalej sąsiada z drugiego piętra.

Chłopak odwrócił głowę. Zwykle opanowany, teraz wyglądał na spiętego, jakby wszedł tu chwilę wcześniej i już zdążył żałować.

— Ty też to widzisz? — spytał cicho. — Nie powinno tu być żadnego pomieszczenia.

Sylwia zrobiła krok w jego stronę. Lustra odpowiedziały cichym szumem, jakby coś poruszyło się po drugiej stronie szkła. W kolejnych odbiciach pojawiły się zarysy obcych sylwetek, zbyt długich i zbyt bladych, by uznać je za przypadek. Jedna z nich podniosła dłoń i przycisnęła ją do tafli od wewnątrz.

Drzwi za ich plecami zatrzasnęły się z hukiem. Światło zgasło na ułamek sekundy, a potem wróciło jeszcze zimniejsze niż wcześniej.

W tej nagłej ciszy Sylwia usłyszała coś, czego nie powinno być po drugiej stronie szkła: powolny, równy oddech