Amelka, Kuba i Lena schodzą do ukrytych tuneli pod starym miastem. W podziemiach szybko okazuje się, że nie są sami, a labirynt kryje coś więcej niż ruiny.
Miasto Wiatru od zawsze miało w sobie coś niespokojnego. Wiatr przeciskał się między kamienicami, niósł zapach rzeki, kurzu i starych historii, które krążyły po zaułkach dłużej niż pamięć mieszkańców. Na powierzchni wszystko wyglądało zwyczajnie, ale pod brukiem mogło kryć się coś, o czym nikt nie mówił głośno.
Tego dusznego czerwcowego wieczoru Amelka wracała znad rzeki, kiedy przed jej kamienicą zobaczyła Kubę i Lenę. Kuba opierał deskorolkę o biodro i miał na twarzy ten sam wyraz, który zwykle oznaczał kłopoty. Lena stała obok, z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby już wiedziała, że zaraz usłyszy coś absurdalnego.
– Pod ulicą Saperów są tunele – powiedział Kuba bez zbędnych wstępów. – Nie jakieś stare piwnice. Prawdziwy labirynt. Według mapy prowadzi głębiej, niż ktokolwiek przypuszcza.
Rozłożył na murku pożółkły arkusz. Papier był poplamiony i kruchy, ale wyraźnie widać było na nim sieć korytarzy, znaki przy ścianach i coś, co wyglądało jak zaznaczone miejsce zamknięte grubym krzyżykiem. Lena pochyliła się bliżej, marszcząc brwi.
– Skąd to masz?
– Z biblioteki szkolnej. Albo z pudełka po dziadku. Sam już nie wiem – odparł Kuba z krzywym uśmiechem. – Ważne, że to prawdziwe.
Nie powinni tam iść. A jednak następnego dnia, kiedy miasto przycichło po zmroku, spotkali się przy ulicy Saperów. Za starym garażem, w gęstych zaroślach, znaleźli ciężki żeliwny właz ukryty tak dobrze, jakby ktoś celowo zasypał go światem. W trójkę zdołali go uchylić. Z otworu uderzył w nich chłód i odór wilgoci.
Schody były strome i śliskie. Z każdym krokiem dźwięki miasta milkły, aż nie zostało nic poza ich oddechami i cichym brzęczeniem latarek. Na dole czekał korytarz z cegły, długi, wąski i zaskakująco suchy. Na ścianach czerniały stare napisy, a między nimi ciągnęły się świeże, nieznane symbole, jakby ktoś zostawił wiadomość tylko dla tych, którzy potrafili zejść wystarczająco głęboko.
Szli ostrożnie, dotykając palcami chropowatych murów i próbując odczytać wyblakłe znaki. Im dalej wchodzili, tym mocniej mieli wrażenie, że labirynt układa się wokół nich, a nie odwrotnie. Lena nagle zatrzymała się tak gwałtownie, że Kuba prawie na nią wpadł.
– Słyszycie to?
Najpierw odpowiedziała jej cisza. Potem z głębi tunelu dobiegł krótki, urwany odgłos kroków. Światło latarek drgnęło na cegłach, a powietrze zrobiło się ciężkie i lodowate. Kuba przełknął ślinę i spojrzał w ciemność przed nimi.
– Powiedzcie, że to tylko echo.
Wtedy zza zakrętu przesunął się cień. Nie za szybki, nie do końca ludzki, ale wystarczająco realny, by wszyscy troje cofnęli się o pół kroku. Z bocznego korytarza wiało zimnem, jakby coś głębiej pod ziemią właśnie się obudziło.