Czworo przyjaciół odkrywa otwarty właz pod rynkiem i schodzi do podziemi, których nikt nie powinien znać. W ciemnym tunelu czeka coś starszego niż ich strach.
Deszcz siekał rynek cienkimi, ostrymi smugami, a echo odbijało się od kamienic jak od pustych murów studni. Szymon, Lena, Filip i Ola stali ściśnięci pod daszkiem antykwariatu, zbyt długo zwlekając, by udawać, że to zwykły wieczór. To miejsce znali od dzieciństwa, a jednak teraz wydawało się obce. Jakby pod brukiem coś się poruszyło i miasto tylko czekało, aż ktoś to zauważy.
Szymon zerknął na zegarek.
Mamy jeszcze pół godziny do autobusu - powiedział. - Możemy obejść rynek albo zajrzeć do tej studni. Po raz ostatni.
Jeśli jeszcze raz nazwiesz ją studnią, to cię tam wepchnę - mruknęła Ola, ale nie ruszyła się z miejsca.
Od tygodni krążyły po okolicy plotki. Że pod rynkiem są przejścia. Że starsi chłopcy widzieli światło pod ziemią. Że ktoś nocą słyszał z dołu metaliczny stukot. Dorośli zbywali to śmiechem, ale nawet oni nie podchodzili zbyt blisko do żelaznej balustrady otaczającej stary właz.
Tego wieczoru właz był otwarty.
Zardzewiała kłódka leżała na mokrym bruku, jakby ktoś odpiął ją w pośpiechu. Lena zatrzymała się pierwsza. Jej twarz pobladła w świetle lamp nad rynkiem.
Filip uniósł telefon i włączył latarkę. Snop białego światła wpadł do środka i natychmiast połknęła go ciemność. Z wnętrza uderzył chłód, ciężki zapach mokrej ziemi i czegoś jeszcze, trudnego do nazwania - rdzy, starego kamienia, może wilgotnego metalu.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Deszcz bębnił o dachy, a z otwartego przejścia płynęło milczenie tak gęste, że aż niewygodne.
Ola spojrzała na tunel, potem na pozostałych.
Pierwsza złapała metalową drabinkę Lena. Jej dłonie drgnęły, ale nie cofnęła się. Za nią zeszli Szymon, Filip i Ola. Nad ich głowami rynek znikał powoli, aż ostatni odgłos miasta urwał się jak przecięty nożem. Został tylko szmer kropel i własny oddech odbijający się od ścian.
Tunel był szerszy, niż się spodziewali. Łukowaty, wyłożony starym kamieniem, mokrym i śliskim od wilgoci. Na murach ciągnęły się rysy, znaki i wcięcia, które nie wyglądały na przypadkowe. Filip przesunął światło po ścianie i wtedy wszyscy zobaczyli końcową część korytarza.
Stalowe drzwi.
Wtopione w kamień, ciężkie, stare, a jednak zbyt dobrze zachowane jak na coś, co miało tyle lat. Na powierzchni ktoś wyrył datę: 1424. Pod nią znajdował się symbol - trójkąt przecięty cienką linią, prosty i niepokojący zarazem.
Drzwi były uchylone na szerokość palca.
Spomiędzy nich sączył się niski, jednostajny dźwięk. Nie był głośny, ale w tej ciszy zdawał się dudnić w żebrach, jak odległe, obce serce.
Lena przełknęła ślinę.
Słyszycie to?
Co to w ogóle jest? - wyszeptał Filip.
Szymon zrobił krok bliżej. Wtedy z głębi tunelu dobiegł suchy, przeciągły skrzyp. Nie za drzwiami. Za nimi albo gdzieś dalej, w miejscu, którego nie dało się zobaczyć. Ola odwróciła się gwałtownie, jakby poczuła na karku czyjś oddech.
I właśnie wtedy z ciemności padł głos, cichy, chrapliwy, za bliski: