Lena i Michał, studenci archeologii, trafiają na ukryte zejście pod starą kamienicą. To, co miało być przypadkowym odkryciem, prowadzi ich w sam środek czegoś starszego i groźniejszego niż miejskie legendy.
Burza przyszła nad stare miasto nagle, zacinając deszczem w bruk i dusząc wąskie uliczki Starówki mgłą. Lena i Michał biegli przez pusty rynek z latarkami w dłoniach, zbyt poruszeni, by przejmować się mokrymi ubraniami. Jeszcze godzinę wcześniej schodzili do piwnicy opuszczonej kamienicy tylko po to, by sprawdzić zawalony fragment muru. Teraz mieli przed sobą coś, czego nikt z ich wykładowców nie odważyłby się nazwać przypadkiem.
Pod gruzem Lena wypatrzyła metalową klapę. Starą, zamaskowaną warstwą kurzu i zaprawy, niemal zrośniętą z podłogą. Odsunęli kamienie, a pod nimi odsłonił się zardzewiały uchwyt i wąska szczelina. O takich tunelach krążyły legendy od lat, ale zawsze kończyły się śmiechem, wzruszeniem ramion albo kolejną anegdotą o podziemiach, których nikt nigdy nie widział.
– To jest to – powiedziała Lena ciszej, niż zamierzała.
Michał nie odpowiedział. Tylko podniósł latarkę wyżej i przytrzymał pokrywę, kiedy Lena szarpnęła za uchwyt. Metal ustąpił z bolesnym jękiem. Z wnętrza uderzył ich chłód tak stary, jakby wydobywał się nie z ziemi, tylko z samego czasu. Pod klapą zaczynały się schody: wąskie, śliskie, prowadzące w dół pod miasto, które nad nimi żyło własnym życiem i niczego nie podejrzewało.
Ściany schodów pokrywały znaki wyżłobione głęboko w kamieniu. Michał przyklęknął, przesuwając światłem po nierównych liniach.
– Runy? Nie... coś starszego. Albo ktoś bardzo dobrze udawał, że wie, co robi.
Zeszli niżej. Powietrze gęstniało z każdym krokiem, a echo ich oddechów wracało spóźnione, jakby korytarz słuchał, zanim pozwalał im iść dalej. Na rozgałęzieniu zatrzymali się równocześnie. Jeden tunel tonął w martwej czerni. Drugi pulsował słabym, czerwonym blaskiem, jakby gdzieś głęboko pod ziemią żarzyło się niewidoczne palenisko.
Lena uniosła dłoń, dając znak, by milczeli.
W ciemnym korytarzu coś szeptało. Nie pojedynczy głos, lecz kilka, może kilkanaście, zlewających się w cichy, nierówny szmer. Cienie na ścianach drgnęły, choć nie poruszył się nikt poza nimi.
Michał odsunął się o krok.
Wtedy rozległ się metaliczny zgrzyt. Krótki, suchy, zbyt bliski.
Latarka Leny zamigotała. Raz. Drugi. Po czym zgasła zupełnie.
W ciemności, tuż za zakrętem, poruszyło się coś w czarnej pelerynie.