Labirynt Szeptów

Lena, Michał i Ada trafiają do ruin zamku z mapą prowadzącą do legendarnych podziemi, gdzie magia budzi się wraz z każdym krokiem i coś zaczyna ich wołać po imieniu.

Mgła leżała na ruinach zamku jak mokry całun, kiedy Lena, Michał i Ada wspinali się po omszałych schodach. Kamień był śliski, zimny, obcy pod palcami, a noc tak cicha, że słyszeli własne oddechy i szelest gałęzi ocierających się o mury. Nikt nie powiedział głośno, że to głupi pomysł. Wystarczyło spojrzenie na pożółkły pergamin, który znaleźli przypadkiem w opuszczonej bibliotece pod miastem.

Mapa była krucha jak suchy liść, ale znaki na niej miały w sobie coś niepokojąco pewnego. Jedna linia prowadziła wprost pod zamek, druga urywała się przy symbolu kruka. Według starej legendy niżej, pod fundamentami, rozciągał się Labirynt Szeptów: miejsce, gdzie magia nie gasła, tylko czekała. Gdzie kamienie pamiętały głosy tych, którzy zeszli zbyt głęboko. I gdzie nikt podobno nie wracał taki sam.

Lena uniosła latarkę. Snop światła przeciął mrok i zatrzymał się na wyrytych w łuku wejścia znakach. Wydawały się świeże, choć kamień miał tu wiek całych wieków. Michał przesuwał palcem po pergaminie, śledząc kolejne wskazówki szeptem, jakby bał się, że podniesiony głos obudzi coś pod ziemią. Ada stała najbliżej drzwi prowadzących w dół i czuła, jak chłód wypływa z wnętrza ruin, ciężki, wilgotny, nienaturalny.

Drzwi ustąpiły z jękiem, który odbił się echem głębiej, niż powinien. Schody za nimi opadały w ciemność ostro i wąsko, jakby ktoś wykuł je nie dla ludzi, tylko dla ich strachu. Na ścianach jarzyły się blade, niebieskie porosty, a im niżej schodzili, tym wyraźniejszy stawał się szept. Nie był już bezkształtny. Brzmiał, jakby ktoś wypowiadał ich imiona tuż przy uchu.

Lena nagle stanęła jak wryta. Na mokrym murze, w migotliwym świetle latarki, widniało malowidło przedstawiające troje ludzi. Tak samo ubranych. Tak samo ustawionych. Z tą samą latarką w dłoni. Nawet jej własny gest, zamarły w połowie ruchu, wyglądał znajomo aż do bólu. Michał otworzył usta, lecz nie zdążył nic powiedzieć.

Korytarz przed nimi rozdzielił się na dwa. Jeden pulsował ciepłym, złotawym blaskiem, drugi niknął w czerni tak głębokiej, że światło zdawało się w niej tonąć. Szept, który do tej pory tylko muskał ściany, nagle stał się wyraźny i bardzo bliski.

Wybierzcie mądrze.

A potem z obu stron, z jasności i z ciemności, rozległy się ich własne głosy wołające po imieniu.