Labirynt Uczuć

Czworo przyjaciół wchodzi do opuszczonego labiryntu, gdzie każda ścieżka budzi inne emocje i zmusza ich do konfrontacji z tym, co najtrudniej nazwać.

Noc była zbyt cicha, jakby okolica wstrzymała oddech przed czymś, czego nie chciała oglądać. Przed starą bramą porosłą bluszczem stanęli Kasia, Tomasz, Lena i Michał - czworo dorosłych ludzi, którzy przyjechali tu z przekornej ciekawości i odrobiną niezdrowej potrzeby sprawdzenia, czy legenda ma w sobie choć ziarno prawdy. O Labiryncie Uczuć mówiono szeptem. Jedni twierdzili, że zmyślono go dla dzieciaków, inni, że w jego środku człowiek wracał do spraw, od których uciekł lata temu.

Kasia przesunęła dłonią po chłodnym metalu. Brama ustąpiła z cichym jękiem, jakby nie była zamknięta, tylko cierpliwie czekała. Zrobili krok i świat za plecami zniknął niemal natychmiast. Ściany żywopłotu wzniosły się wysoko, ciasne i wilgotne, a ścieżki rozchodziły się w mrok jak żywe żyły. Na pierwszym rozdrożu wisiała niewielka tabliczka. Litery były proste, niemal uprzejme: „W tym labiryncie spotkasz swoje emocje. Którą ścieżkę wybierzesz najpierw - odwagę, smutek, radość czy gniew?”

Przez chwilę nikt się nie odezwał. Powietrze zrobiło się gęste, cięższe niż powinno, a cisza przestała być pustką. Zaczęła przypominać nasłuchiwanie. Tomasz pierwszy przerwał milczenie, mówiąc, że nie ma sensu stać w miejscu. Lena spojrzała na ścieżki z wyraźną nieufnością, Michał udawał spokój, ale Kasia widziała, jak napina mu się szczęka. Ostatecznie rozdzielili się na dwie pary, żeby sprawdzić więcej terenu i nie dać się zamknąć w ślepym zaułku.

Kasia i Michał skręcili ku ścieżce Smutku. Nad ziemią wisiało tam blade, niebieskawe światło, jak odległy poblask zza zasłoniętych okien. Tomasz z Leną wybrali Gniew. Ten fragment labiryntu pulsował szkarłatem, a w powietrzu drżał szum podobny do burzy, która nie może się zdecydować, czy już uderzyć. Już po kilku krokach Kasia poczuła, że coś w niej osiada, powoli i bezlitośnie, jak zimna woda wsiąkająca pod skórę. Nagle wróciły obrazy, których nie chciała przywoływać: urwane rozmowy, twarze ludzi, których zawiodła, zdania, których nie da się już cofnąć.

Michał odruchowo chciał ją zaczepić, rozładować napięcie, ale sam spoważniał. Ścieżka odbierała im rytm oddechu. Dźwięki świata zewnętrznego gasły z każdym krokiem, a echo własnych myśli stawało się aż nazbyt wyraźne. W końcu stanęli przed trzema drzwiami wbitymi w gęstwinę żywopłotu. Na pierwszych widniały łzy. Na drugich zaciśnięte dłonie. Na trzecich - pusta, biała płaszczyzna, tak gładka, że aż niepokojąca.

Po drugiej stronie labiryntu Lena i Tomasz usłyszeli narastający pomruk, jakby coś ogromnego przesuwało się tuż pod ziemią. Cienie wokół nich zaczęły zmieniać kształt, wydłużać się i pęcznieć, aż zaczęły przypominać ich własne sylwetki, tylko bardziej ostre, bardziej głodne. W tym samym momencie pośrodku labiryntu rozbrzmiał pojedynczy dźwięk dzwonu. Suchy. Natarczywy. Jak ostrzeżenie.

Drzwi przed Kasią i Michałem poruszyły się same. Powoli, z oporem, zaczęły się uchylać. W szczelinie nie było światła, tylko ciemność tak gęsta, że wydawała się oddychać. I wtedy przez środek alejki przemknął cień - za szybki, by należeć do któregoś z nich. Kasia odwróciła głowę, serce podeszło jej do gardła, a z głębi labiryntu dobiegł kolejny dzwon, bliższy niż poprzedni.