Labirynt pod Liceum Aurora

Trójka uczniów odkrywa pod szkołą zejście do dawnego labiryntu. W ciemności czeka coś, co nie powinno tam istnieć.

Liceum Aurora stało na wzgórzu jak stary kamienny ciężar, którego nikt nie zdołał ruszyć od pokoleń. Ciemnozielone mury po zmroku bledły w świetle latarni, a wysokie okna wyglądały jak puste oczodoły. Lena czasem miała wrażenie, że szkoła oddycha własnym rytmem, skrzypi nocą i nasłuchuje, kiedy korytarze pustoszeją.

Tego popołudnia zostali w bibliotece tylko we trójkę. Projekt z historii miał być nudny i szybki, ale od pół godziny nikt nie mówił już o rozbiorach. Adam rozparł się na krześle, Igor przewracał kartki, a Lena bez przerwy zerkała za regał z literaturą staropolską.

– Tam są jakieś drzwi – powiedziała w końcu. – Widzieliście je wcześniej?

Adam uniósł wzrok znad zeszytu. – Jakie drzwi?

– Za regałem. Wąskie. Z klamką z patyną.

Igor zmrużył oczy. – Te, które wyglądają, jakby pamiętały jeszcze inną szkołę?

Lena skinęła głową. – Dokładnie te.

Nie powinna była się tym tak przejmować, ale słowa babci wróciły do niej z dziwną wyrazistością: w tej szkole jest więcej przejść, niż pokazują plany. Wtedy brzmiało to jak stara rodzinna opowieść. Teraz, stojąc przed regałem, miała wrażenie, że ktoś zostawił tu ślad specjalnie dla nich.

Drzwi ustąpiły po pierwszym pchnięciu. Z wnętrza buchnęło zimno tak ostre, że Lena aż cofnęła dłoń. Za wąskim wejściem zaczynały się schody w dół, ciemne i wilgotne, jakby prowadziły nie do piwnicy, tylko pod sam fundament szkoły.

– No świetnie – mruknął Adam, ale już schodził pierwszy.

Powietrze na dole pachniało kurzem, mokrym kamieniem i czymś jeszcze, czego nie umieli nazwać. Lena zapaliła latarkę w telefonie. Snop światła przesunął się po ścianach, po starych rurach, po podłodze zasypanej pyłem. I zatrzymał się na czymś narysowanym kredą.

Krąg. Duży, nierówny, przecięty siecią linii, które rozchodziły się w wszystkie strony jak plan labiryntu.

– To chyba nie jest szkolna dekoracja – szepnął Igor.

Adam wyjął telefon, zrobił zdjęcie i od razu skrzywił się na ekran. – Nie mam zasięgu.

W tej samej chwili z jednego z ciemnych korytarzy dobiegł głuchy stuk. Jakby coś ciężkiego przesunęło się po kamieniu.

Lena uniosła głowę. Przez sekundę wszyscy troje stali bez ruchu, wsłuchani w ciszę, która nagle zrobiła się za ciasna. Dopiero potem zauważyli metalową skrzynkę przytwierdzoną do ściany. Zardzewiała, wąska, z uchylną klapką.

W środku znajdowała się niewielka dźwignia i pożółkły skrawek papieru. Lena rozwinęła go ostrożnie.

Nigdy nie wracaj sam.

Z głębi tunelu dobiegł cichy szept. Nie słowa, raczej oddech ułożony tak, jakby ktoś próbował przemówić tuż obok ich uszu. Igor odruchowo chwycił Lenę za ramię.

Przed nimi korytarz rozdzielał się na dwie odnogi. Z lewej sączyło się blade światło, niepasujące do tej wilgoci i ciemności. Z prawej zaczęły dobiegać kroki. Powolne. Coraz bliższe.

Lena nie zdążyła nawet odpowiedzieć, kiedy z mroku przed nimi odezwał się metaliczny trzask, a dźwignia w skrzynce sama drgnęła w dół.