Siedmioletnia Hania znajduje w swoim pokoju błyszczące trampki, które unoszą ją wysoko nad miasto. Razem z kotem Mleczkiem trafia w stronę dziwnej, kolorowej chmury.
W pokoju Hani zawsze było trochę nieporządku. Miś siedział w kącie, kredki turlały się pod łóżkiem, a na półce czekały ulubione książki. Tego deszczowego popołudnia Hania postanowiła odłożyć wszystko na miejsce, bo tata krzątał się w kuchni i pachniała zupa.
Kiedy schylała się po buty, coś mignęło jej na samym dnie szafki. Wyjęła małe trampki, błyszczące jak mokre kamyki w słońcu. Były kolorowe, miały żółte sznurówki i świeciły tak, jakby w środku ukryto światło.
— Skąd wy się tu wzięły? — szepnęła Hania.
Rozejrzała się szybko. Przez chwilę miała wrażenie, że ktoś stoi za jej plecami. Na łóżko wskoczył kot Mleczek. Przekrzywił łepek i zamruczał tak, jakby znał odpowiedź, ale nie chciał jej zdradzić.
Hania wsunęła trampki na stopy. Od razu poczuła lekkie łaskotanie, jakby po palcach przeszło stado piórek. Zrobiła jeden mały podskok.
I nagle podłoga została niżej.
Hania zapiszczała cicho. Unosiła się coraz wyżej, aż czubkami butów musnęła sufit.
— Oj, oj, Haniu! — zawołał Mleczek zupełnie ludzkim głosem. — Zabierz mnie ze sobą!
Hania chwyciła kota pod łapki w ostatniej chwili. Okno otworzyło się samo, a potem oboje wylecieli w deszczowe powietrze, miękkie i chłodne. Pod nimi szybko maleły dachy, podwórko i czerwony samochód sąsiadki.
Mleczek przytulił uszy do głowy, a Hania ścisnęła go mocniej. Buty niosły ich nad miastem coraz wyżej, aż przed nimi pojawiła się ogromna chmura. Była tęczowa, okrągła i dziwnie jasna, jak wielki plac zabaw zawieszony w niebie. Coś tam dźwięczało, ktoś się śmiał, a w powietrzu wirowały bańki mydlane i latawce.
I wtedy Hania zobaczyła na środku chmury coś małego i ciemnego. To coś powoli się otwierało.