Latarnia, która nie świeci

Czternastoletnia Lena znajduje dziwny kompas i odkrywa, że latarnia w Brzegorach reaguje na jej wyobraźnię.

Lena miała czternaście lat i od tygodnia mieszkała w Brzegorach, miasteczku, w którym wszystko wydawało się lekko przechylone ku morzu. Port drzemał za niskimi magazynami, szkoła pachniała świeżą farbą, a na klifach stała latarnia, o której wszyscy mówili szeptem. Podobno nigdy nie zapłonęła.

Wieczorami Lena siadała przy oknie z szkicownikiem i rysowała ją raz po raz, aż linie wieży zaczynały drżeć od nadmiaru poprawek. Zawsze coś ją w tej latarni przyciągało. Nie blask, bo go nie było, tylko to dziwne wrażenie, że stoi tam nie tylko budynek, lecz pytanie, którego nikt nie chce zadać na głos.

Pewnego popołudnia, pod biblioteką, znalazła kompas bez igły. Był ciężki i ciepły, jakby ktoś dopiero co trzymał go w dłoni. Na metalowym tyle widniały maleńkie fale i jedno słowo: Pomiędzy. Lena odruchowo uniosła go ku latarni. Wtedy tarcza zadrżała, a w okienku zamiast wskazówki pojawił się drobny piasek, wirujący w ciasnym kręgu.

Piasek ułożył się w coś, co bardziej przypominało schody niż kierunek. Lena spojrzała na swój szkicownik i zobaczyła, że wczorajszy rysunek zgasł, jakby grafit wchłonął światło z pokoju. Tego samego wieczoru poszła pod latarnię. Drzwi były zabite deskami, ale między nimi a progiem ktoś narysował kredą wąski znak. Gdy Lena dotknęła desek, kompas znów zadrżał, a cienka szczelina rozsunęła się z cichym jękiem soli i kurzu.

W środku nie było ciemności. Były schody, białe jak świeża kreska na papierze, i głos, który przyszedł z samej latarni: Jeśli to sobie wyobrazisz, zacznie istnieć. Lena postawiła pierwszy krok. Schód pod jej stopą nie zniknął. Za to na ścianie, tuż obok niej, poruszył się cień, choć za plecami nie stał nikt. Kompas opadł jej na dłoń jak kamień. W jego szklistym okienku zamigotała twarz, której Lena nie znała, a chwilę później ktoś bardzo cicho wypowiedział jej imię.