Lena znajduje w parku tajemnicze drzwi. Kiedy je uchyla, trafia do świata pełnego fruwających liści, mówiących wiewiórek i latających żołędzi.
Lena lubiła jesienne spacery w parku najbardziej ze wszystkich. Tego popołudnia liście szeleściły pod butami, a powietrze pachniało chłodem i mokrą trawą. Lena szła wolno, patrząc na złote i czerwone korony drzew, aż nagle zatrzymała się przy dużym kasztanowcu.
Tam, gdzie zwykle stała tylko stara ławka, zobaczyła drewniane drzwi. Były wysokie, ciemne i oplecione zielonymi pnączami, jakby rosły tu od bardzo dawna. Lena zmrużyła oczy. Jeszcze przed chwilą niczego takiego tu nie było.
Podeszła bliżej. Klamka była chłodna, a kiedy Lena dotknęła jej palcami, drzwi lekko drgnęły. Zza nich dobiegł cichy szelest i kilka krótkich chichotów.
Lena odsunęła drzwi tylko odrobinę i zajrzała do środka. Aż wstrzymała oddech.
Po drugiej stronie nie było zwykłego parku. Liście unosiły się w powietrzu jak kolorowe ptaki. Między złotymi gałęziami skakały wiewiórki, a jedna z nich miała na głowie niebieski kapelusz i machała do Leny łapką.
— Witaj, Leno — zawołała. — Dobrze, że przyszłaś. Potrzebujemy cię!
Lena zrobiła krok w tył, bo obok jej ucha przemknął żołądź i zaszemrał:
— Uważaj na latające żołędzie!
W tej samej chwili wiatr szarpnął drzwiami szerzej, a coś błysnęło głęboko po drugiej stronie. Lena ścisnęła klamkę mocniej i spojrzała w mroczne, wirujące wnętrze krainy.