Lena i znikające cienie

Lena odkrywa, że jej cień nie zachowuje się jak powinien. Gdy nocą wraca pod stary budynek, w mroku zaczyna dziać się coś jeszcze dziwniejszego.

Słoneczna Dolina była tak spokojna, że nawet gołębie na rynku zdawały się poruszać ciszej niż gdzie indziej. Lena znała tu każdy zakręt, każdą ławkę i każdy zapach piekarni, a największymi tajemnicami miasteczka były podobno przepisy na szarlotkę. Tego jesiennego popołudnia wszystko wyglądało jak zwykle, aż do chwili, gdy Lena wracała ze szkoły obok starego, pustego budynku.

Na chropowatej ścianie zobaczyła swój cień. Tyle że cień nie stał spokojnie. Uśmiechał się szerzej niż ona, jakby chciał ją przedrzeźnić. Lena zatrzymała się gwałtownie. Mrugnęła. Potem uniosła rękę. Na murze ciemna sylwetka zrobiła dokładnie to samo, a po sekundzie nawet zamachała do niej obiema rękami.

Lena cofnęła się o krok. Serce zaczęło jej bić szybciej. Gdy odwróciła się do domu, cień posłusznie obrócił się razem z nią, ale przez ułamek sekundy wyglądał, jakby ruszał się odrobinę za wolno.

Nazajutrz próbowała wmówić sobie, że to był tylko dziwny kaprys światła. Nie pomogło. Po lekcjach znalazła Tomka, który zawsze miał w kieszeni miniaturowy kompas, i Martynę, która umiała rozwiązać prawie każdą zagadkę szybciej niż nauczyciel zdążył ją zadać. Lena opowiedziała im o ścianie, o uśmiechu i o tym, że cień zachowywał się tak, jakby słuchał jej myśli.

Tomek zmarszczył brwi. Martyna od razu spojrzała na nią z taką miną, jakby właśnie dostała najciekawszą łamigłówkę świata.

Wieczorem wrócili pod stary budynek. Księżyc wisiał nisko nad dachami, a ich cienie wydłużały się na murze jak czarne wstążki. Lena stanęła dokładnie w tym samym miejscu co poprzedniego dnia i spróbowała skupić myśli. Nie miała pojęcia, co robi, ale nagle wyobraziła sobie, że jej cień wiąże sobie szalik wokół szyi.

Czarna sylwetka na ścianie poruszyła się. Złapała niewidzialny materiał i naprawdę zawiązała szalik.

Martyna aż wypuściła z rąk latarkę.

Dziewczynę przeszedł dreszcz. Coś w niej drgnęło, jakby od dawna czekało właśnie na tę chwilę.

I wtedy z bocznej uliczki dobiegł ich cichy szelest. Lena odwróciła głowę. Cienie wokół nich zaczęły się wydłużać, falować i splatać w dziwne kształty, chociaż nikt ich nie dotykał. Jeden z nich przysunął się do jej butów, choć światło latarni padało zupełnie z drugiej strony.

Tomek ścisnął kompas, ale igła zakręciła się tak szybko, że aż zamazała się w oczach.

A potem z ciemności rozległ się szept, tak blisko, jakby ktoś stał tuż za ich plecami.