W starym borze czworo przyjaciół szykuje nocny koncert, gdy na polanie pojawia się złota, świecąca ścieżka prowadząca w sam środek tajemnicy.
W samym środku starego boru, tam gdzie świerki trzeszczą cicho nawet w bezwietrzny dzień, mieszkała czwórka przyjaciół, których znał cały las. Borsuk Borys miał zawsze pełne łapy roboty i pomysłów. Wiewiórka Fela nie potrafiła usiedzieć w miejscu dłużej niż chwilę. Sowa Otylia mówiła mało, ale kiedy już coś zauważyła, wszyscy od razu milkli. A jeżyk Gucio? Gucio chciał być odważny jak Borys, tylko czasem jego łapki wpadały na inne zdanie.
Tego wieczoru nikt nie myślał o zwyczajnym spacerze. Zbliżał się Wielki Leśny Koncert, najważniejsze wydarzenie w całym borze. Od rana trwały przygotowania. Fela rozwieszała między gałązkami listki zapisane nutami. Otylia sprawdzała, czy wiatr dobrze niesie dźwięki. Borys z mechu i kory budował scenę na polanie. Gucio ćwiczył swój występ na pustych łupinach orzechów tak zawzięcie, że kilka razy rozsypały się po całej ściółce.
Kiedy zapadł zmierzch, a księżyc wspiął się nad czubki drzew, orkiestra zebrała się przy wielkim dębie. W lesie zrobiło się niezwykle cicho, jakby nawet liście wstrzymały oddech. Zwierzęta rozstawiały instrumenty: kamyk brzmiał jak dzwonek, szyszka dawała głuchy stuk, a patyk potrafił zaskakująco ładnie zagwizdać po korze. Wszystko było gotowe.
Wtedy Gucio, który obchodził dąb dookoła, zatrzymał się nagle.
Na mchu przed nim migotały drobne, złote ślady.
Nie wyglądały jak odcisk łapy ani żadnego znanego tropu. Lśniły delikatnie, jakby ktoś przed chwilą rozsypał po ziemi pył z gwiazd. Gucio przełknął ślinę i przybliżył nos. Jeden ślad zajaśniał mocniej, jakby odpowiedział na jego spojrzenie.
„Felo!” zawołał szeptem, chociaż serce waliło mu jak werbel.
Wiewiórka zeskoczyła z gałęzi tak szybko, że aż strząsnęła kilka igieł na Borysa. Za nią podeszła Otylia, a po chwili przydreptał Borys, marszcząc czarny nos. Wszyscy nachylili się nad świetlistą ścieżką.
„To nie jest zwykły trop” – szepnęła Otylia.
„A jednak prowadzi dalej” – dodała Fela, kiedy kolejne ślady zamigotały w stronę ciemniejszej części boru.
Nie zdążyli powiedzieć nic więcej, bo zza krzaków dobiegł ich cichy, dziwny odgłos. Nie był to szelest liści ani trzask gałązki. Brzmiał obco. Metalicznie.
Ślady na mchu drgnęły, wydłużyły się i zakręciły w stronę najgłębszego cienia między drzewami. A potem, tuż przy starym głazie, nagle się urwały.