W Wielkim Lesie zwierzęta szykują koncert stulecia. Gdy Tosia odkrywa pusty słoik z najważniejszą nutką, wesołe przygotowania zamieniają się w tajemnicę.
W samym środku Wielkiego Lasu, tam, gdzie stare sosny szumią nawet wtedy, gdy wiatr śpi, mieszkała niezwykła czwórka przyjaciół: jeżyk Julek, wiewiórka Tosia, sowiec Janek i myszka Blanka. Razem tworzyli leśną orkiestrę, o której mówiło się aż po najdalsze mchy i jarzębiny.
Każde lato kończyło się tam wielkim koncertem na polanie. Zwierzęta przynosiły kwiaty, świetliki ćwiczyły wieczorne błyski, a gałęzie ozdabiano wstążkami z traw. W tym roku miało być jeszcze piękniej niż zwykle, bo Tosia znalazła coś wyjątkowego: maleńką nutkę, która podobno potrafiła zmienić zwykłą melodię w coś, od czego aż chciało się tańczyć.
Dzień przed koncertem wiewiórka zamknęła nutkę w szklanym słoiku. Ostrożnie wsunęła go pod korzeń starego dębu, przykryła mchem i aż przytuliła łapki do piersi z zadowolenia.
Rankiem polana aż dźwięczała od przygotowań. Julek stukał kasztanami tak szybko, że co chwilę gubił rytm. Blanka poprawiała swoje dzwoneczki i co moment zerkała w stronę sceny. Janek rozkładał skrzydła, ćwicząc wejście do solówki, a Tosia nie mogła usiedzieć w miejscu.
Tosia pobiegła do dębu. Przyklękła, odsunęła mech i zajrzała pod korzeń.
Słoik był pusty.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Nawet świetliki, które przed chwilą kręciły się nad polaną jak iskry, zastygły w powietrzu. Blanka pierwsza pochyliła się niżej.
Julek potrząsnął głową. Janek zmrużył oczy i wskazał na ziemię.
W mchu błyszczał cienki trop maleńkich kropelek, jakby coś mokrego i świecącego przeciągnęło się między paprociami. Prowadził prosto w głąb lasu.
Tosia przełknęła ślinę. Julek ścisnął swoje kastaniety tak mocno, że aż pobielały mu łapki. Janek uniósł skrzydło, gotów zasłonić przyjaciół, gdyby trzeba było wejść dalej.
Z paproci dobiegł ich cichy, dziwny dźwięk. Nie był to śpiew. Nie był to śmiech. Brzmiał raczej tak, jakby ktoś delikatnie potrząsnął szklanym dzwoneczkiem ukrytym bardzo głęboko w zaroślach.
Czwórka przyjaciół spojrzała po sobie i bez słowa ruszyła za błyszczącym śladem. Im dalej szli, tym ciemniejsze robiły się paprocie, a tajemniczy brzęk stawał się coraz wyraźniejszy.