Leśna tajemnica sowy Otylii

W starym lesie sowa Otylia i jej przyjaciele trafiają na świecące ślady i znaki prowadzące coraz głębiej w ciemność.

Sowa Otylia mieszkała wysoko na rozłożystym dębie, w samym sercu Zielonego Lasu. Nocą znała każdy szelest, każdy trzepot skrzydeł i każdy cichy krok między drzewami. Gdy srebrny blask księżyca spływał na gałęzie, Otylia wylatywała nad las i patrzyła uważnie, jakby pilnowała całego świata.

Tego wieczoru usłyszała jednak coś, czego nie potrafiła rozpoznać. Dobiegało od polany za młodnikiem, niskie, chrzęszczące, jakby ktoś przeciągał pazurkami po suchych liściach. Otylia zwolniła lot i bezszelestnie opadła niżej.

Na skraju polany dostrzegła Tymka i Malinkę. Zając stał z nastroszonym futerkiem, a wiewiórka niemal całkiem zniknęła w kępie paproci. Oboje wpatrywali się w ziemię tak uważnie, jakby znaleźli tam skarb albo coś znacznie dziwniejszego.

— Otylio, prędko! — szepnął Tymek. — Na ziemi są ślady.

Sowa wylądowała lekko obok przyjaciół i od razu je zobaczyła. W wilgotnej ziemi odciśnięły się równe, obce znaki, a wokół nich migotała słaba zielona poświata. Ślady nie przypominały tropów żadnego zwierzęcia, które Otylia znała. Wyglądały, jakby ktoś zostawił je przed chwilą.

— To nie jest zwykły trop — mruknęła Malinka, pochylając nos bliżej. — I te symbole na korze... Kto je zrobił?

Otylia uniosła głowę. Na pniach drzew, jeden po drugim, pojawiały się kółka, trójkąty i strzałki, wyryte albo namalowane czymś ciemnym i błyszczącym. Znaki prowadziły w głąb lasu, tam, gdzie między gałęziami gęstniał cień.

Przyjaciele ruszyli ostrożnie za nimi. Z każdym krokiem robiło się ciszej, jakby las wstrzymywał oddech. Ślady świeciły coraz mocniej, a zielony blask przesuwał się po pniach niczym szept.

Nagle znaki urwały się przy wysokich krzakach. Za nimi coś zaszurało. Cień poruszył się między drzewami, a potem zabrzmiał cichy, drżący głos:

— Wreszcie przyszliście... czekałem na was...