Trzynastoletnia Lena gubi psa Riko w lesie, który po burzy przestaje zachowywać się zwyczajnie. Gdy zwierzęta zaczynają mówić ludzkim głosem, dziewczyna trafia na zagadkę, która nie powinna istnieć.
Lena znała ten las od dziecka. Z pozoru był zwyczajny: sosny, mokry mech, czarne korzenie wystające z ziemi i ptaki, które po burzy wracały do śpiewu, jakby nic się nie stało. Tego lipcowego popołudnia wszystko wyglądało jednak trochę inaczej. Powietrze wciąż pachniało deszczem i żywicą, a między drzewami wisiała wilgotna, srebrna cisza.
Riko zniknął przed godziną.
Najpierw był tylko hałas w krzakach, jedno krótkie szarpnięcie smyczy i puste miejsce obok jej nogi. Lena zawołała go raz, potem drugi, coraz głośniej, aż głos zaczął jej drżeć. Riko nie był psem, który uciekał daleko. Lubił gonitwy za własnym ogonem, lubił błoto, ale zawsze wracał, kiedy tylko usłyszał jej gwizd. Teraz ślad po nim urywał się nagle przy rozmokłej ścieżce, jakby ktoś wyrwał go z lasu jednym ruchem.
Szła dalej, coraz szybciej, z sercem podchodzącym do gardła. Gałęzie chrzęściły pod butami, a gaśnięte światło przeciskało się przez korony drzew w wąskich, złotych pasmach. W pewnej chwili Lena zatrzymała się gwałtownie. Na skraju niewielkiej polany stała stara sosna, tak szeroka, że dwoje ludzi nie objęłoby jej pnia. Kora była na niej poorana głębokimi śladami, jak po pazurach czegoś znacznie większego niż lis.
Wtedy usłyszała szept.
Nie z jednego miejsca. Z kilku naraz.
Lena wstrzymała oddech i zacisnęła dłoń na pustej smyczy. Po chwili z mchu pod jej stopami dobiegł cienki, wyraźny głos:
– To dziś?
Dziewczyna odruchowo cofnęła się o krok. Tuż przy korzeniu siedziała ruda wiewiórka. Patrzyła na nią nieruchomo, z taką powagą, że przez sekundę wyglądała bardziej jak strażnik niż zwierzę.
– Słyszysz mnie, prawda? – zapytała.
Lena poczuła zimno przebiegające jej po plecach. Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, z gęstwiny po lewej stronie wysunął się lis, a nad polaną bezszelestnie przecięła powietrze sowa. Oba zwierzęta patrzyły prosto na nią. Nie jak zwierzęta. Jakby czekały, aż powie coś właściwego.
– Twój pies przeszedł przez granicę – odezwała się sowa niskim, spokojnym głosem. – Jeśli go chcesz z powrotem, musisz znaleźć Echo, zanim las zamknie się na noc.
Lena otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Gdzieś za starym drzewem coś zaszeleściło. Potem, bardzo blisko, rozległo się jedno krótkie, znajome skomlenie Riko.
I zaraz po nim kolejny szept, już tuż przy jej uchu:
– Nie idź tam sama.