Tajemnice Starego Boru

Dwunastoletnia Jagna i jej kuzyn Staś trafiają na zapomnianą ścieżkę w Starym Borze, gdzie między korzeniami czeka coś, co nie chce zostać odnalezione.

Jagna lubiła Stary Bór najbardziej o poranku, kiedy światło wpadało między sosny w wąskich, złotych smugach, a każdy krok miękko zapadał się w mech. Las stał tuż za wioską, ogromny i milczący, jakby słuchał wszystkiego, co mówili ludzie. Dorośli ostrzegali, żeby nie schodzić z utartych dróg. Jagna tylko się uśmiechała.

Tego ranka czekała pod starym dębem z piórem sowy wetkniętym za pasek. Kręciła je w palcach, gdy na ścieżce rozległ się trzask gałązek. Staś wpadł między krzewy zadyszany, z twarzą czerwoną od biegu i złożonym na cztery kawałkiem pożółkłego papieru.

– Mam ją – wysapał i rozprostował mapę na płaskim kamieniu. – To rysunek mojego pradziadka. Zobacz tutaj.

Jagna przysunęła się bliżej. Na papierze były wyblakłe linie, strzałki i znak tak zawijasisty, że wyglądał bardziej jak ślad pazura niż ścieżka. Jedna z kresek urywała się dokładnie tam, gdzie mapa zaczynała się drzeć.

– To chyba nie jest zwykły skrót do polany – szepnęła.

– Właśnie dlatego musimy sprawdzić, dokąd prowadzi – odparł Staś.

Ruszyli między drzewa, najpierw ostrożnie, potem coraz pewniej, bo ścieżka rzeczywiście istniała, choć niemal zniknęła pod paprociami i korzeniami. Bór robił się ciemniejszy z każdym krokiem. Sójki zamilkły. Nawet wiatr jakby przycichł, jakby ktoś niewidzialny kazał mu słuchać.

W końcu stanęli przed wielkim bukiem. Jego korzenie rozchodziły się po ziemi jak sploty palców, a między nimi czerniła się wąska szczelina, ledwie widoczna w cieniu pnia. Z wnętrza płynął cichy szmer, niepodobny ani do wody, ani do wiatru. Raczej do szeptu.

Staś przełknął ślinę i wyciągnął rękę w stronę otworu. W tej samej chwili ziemia pod ich stopami lekko zadrżała, a z głębi szczeliny sączył się blask, ciepły i złoty, jakby coś tam właśnie otwierało oczy.

Jagna poczuła, że serce bije jej szybciej. Zza ich pleców zaszeleściły gałęzie, choć nie poruszył ich żaden wiatr. A potem z ciemności dobiegł pojedynczy, urwany dźwięk, jakby ktoś po drugiej stronie wypowiedział ich imiona.