W Zielonym Lesie zbliża się ważne zebranie, ale Franek, Tula i Profesor Bubo trafiają na tajemnicze ślady pod Starym Dębem. Kto je zostawił i dlaczego las nagle zamilkł?
W samym sercu Zielonego Lasu stał Stary Dąb, tak ogromny i rozłożysty, że jego konary rzucały cień aż na omszałe kamienie przy strumyku. To właśnie pod nim co roku zbierały się zwierzęta, żeby ustalić sprawy całego lasu. Tym razem jednak coś wisiało w powietrzu od samego świtu.
Lisek Franek obudził się wcześniej niż zwykle. Wygramolił się z norki, otrząsnął z resztek snu i ruszył przez wilgotny mech z dziwnym uczuciem w brzuchu, jakby zaraz miało wydarzyć się coś ważnego. Lubił takie poranki, kiedy wszystko było jeszcze ciche, a każdy trzask gałązki brzmiał jak zapowiedź przygody.
Na polanie czekała już na niego jeżynka Tula. Kręciła się niespokojnie wokół pnia, a jej kolce lśniły od kropelek rosy. — Franek, chodź prędko — szepnęła zamiast zwykłego powitania. — Znalazłam coś przy korzeniach Starego Dębu.
Lisek podbiegł bliżej i od razu zwolnił. W mokrej ziemi odciśnięte były ślady, jakich nigdy wcześniej nie widział. Były duże, głębokie i prowadziły prosto spod drzewa w stronę gęstwiny. Nie przypominały tropów lisa, borsuka ani jelenia. Wyglądały tak, jakby zostawił je ktoś ciężki, ostrożny i bardzo pewny siebie.
— To nie jest zwykły trop — mruknęła Tula, nachylając się nisko. — Ktoś musiał przejść tędy tuż przed świtem.
W tej samej chwili nad ich głowami zaszeleściły skrzydła i z ciemniejszej części lasu bezszelestnie spłynął Profesor Bubo. Miał na nosie swoją dziwną oprawkę z żołędzi i pajęczej nitki, która nadawała mu jeszcze poważniejszy wygląd. Spojrzał na ziemię, zmrużył oczy i długo milczał.
— Te ślady… — odezwał się w końcu cicho. — Widziałem bardzo podobne tylko raz. Dawno temu. Podczas zimowej pełni.
Franek poczuł, jak futro na karku lekko mu się jeży. Wiatr nagle ucichł. Liście zamarły bez ruchu. A potem, tuż za pniem Starego Dębu, rozległ się krótki, suchy trzask, jakby ktoś właśnie zrobił krok na gałąź.