W noc pełną mgły Rufus i Aurora trafiają na ślad przy kamiennym kręgu, który prowadzi ich do czegoś, czego nie powinien widzieć nikt z mieszkańców lasu.
Nad Starym Lasem wisiała noc ciężka od mgły i szeptów. Wiatr przeczesywał korony dębów, potrząsał paprociami i niósł przez ciemność zapach mokrej kory, ziemi i czegoś jeszcze, czego Rufus nie umiał nazwać. Lis szedł powoli wzdłuż znanej ścieżki, ale jego uszy były nastawione jak nigdy dotąd. Każdej pełni wychodził sam, przekonany, że tym razem natrafi na coś, co wymknęło się wszystkim innym.
Tego wieczoru nie był sam długo. Z góry spłynął cichy cień i wylądował bezszelestnie na niskiej gałęzi nad jego łbem. Aurora obserwowała las nieruchomo, z taką uwagą, jakby mrok był dla niej tylko kolejną warstwą widzialnego świata. Jej bursztynowe oczy błysnęły krótko.
– Rufusie – powiedziała przyciszonym głosem. – Przy starym kamiennym kręgu zobaczyłam coś, co nie pasuje do tej nocy.
Lis przystanął. Kamienny krąg. Sama nazwa wystarczała, by w lesie milkły rozmowy. Starsze zwierzęta powtarzały, że pod kamieniami kryje się coś dawnego, starszego niż ścieżki i nory, starszego nawet od pamięci drzew. Nikt jednak nie chodził tam po zmroku bez bardzo ważnego powodu.
– Co dokładnie widziałaś? – zapytał Rufus.
Aurora zsunęła się niżej, aż ich spojrzenia zrównały się w półmroku.
– Cień. Nie poruszał się jak zwierzę. Zostawiał ślad w błocie, ale nie taki, jaki znam. I... zniknął tam, gdzie kamienie stoją najciaśniej.
Rufus poczuł, jak pod skórą przebiega mu dreszcz. Nie był to strach. Jeszcze nie. Raczej to ostre, niepokojące ukłucie, które pojawia się tuż przed odkryciem czegoś ważnego. Ruszył pierwszy, a Aurora bez słowa wzbiła się obok niego, prowadząc go ponad splątanymi korzeniami i czarnymi kępami paproci.
Im bliżej byli kręgu, tym ciszej stawał się las. Nawet wiatr jakby zwolnił, zawisł między pniami, a mgła zgęstniała do tego stopnia, że księżyc przypominał ledwie przytłumioną plamę srebra. Gdy wreszcie wyszli na polanę, kamienie wyłoniły się z ciemności jak milczący strażnicy. Omszałe, nieruchome, ustawione w zamknięty krąg wokół płytkiej, mokrej ziemi.
Na błocie widać było ślady. Nie należały ani do jelenia, ani do wilka, ani do żadnego zwierzęcia, które Rufus znał. Były zbyt wąskie, zbyt głębokie, zakończone ostrymi nacięciami, jakby ktoś albo coś odcisnęło pazury w samej ziemi.
Aurora zniżyła skrzydła.
– To nie było tu przed chwilą – szepnęła.
W tej samej chwili coś głucho przesunęło się po kamieniu. Jeden z głazów drgnął, jakby pod naporem niewidzialnej dłoni. Rufus zesztywniał. Aurora wstrzymała oddech.
Za największym kamieniem zamigotał złoty błysk, a zaraz potem z ciemności dobiegł obcy szept.