Lustro w starej kamienicy

Siedemnastoletnia Zosia zostaje w mieszkaniu prababci i odkrywa, że stare lustro nie tylko odbija pokój, ale też przemawia i kryje coś, czego nie powinno dać się zobaczyć.

Zosia nie wierzyła w przesądy. Przynajmniej tak sobie powtarzała, gdy po przeprowadzce mieszkała tymczasowo u prababci, w mieszkaniu na czwartym piętrze starej kamienicy w centrum miasta. Mury były grube, korytarz wiecznie pachniał kurzem i woskiem do podłóg, a nocą wszystko trzeszczało tak, jakby budynek oddychał przez sen.

Najbardziej niepokoił ją salon. Stało w nim ogromne lustro, wysokie prawie do sufitu, w ciężkiej, ciemnej ramie pełnej drobnych, ręcznie wyciętych liści. Wyglądało zbyt dostojnie jak na zwykły mebel, jakby było tu od zawsze i tylko czekało, aż ktoś na nie spojrzy. Kiedy Zosia minęła je pierwszego dnia, miała krótkie, nieprzyjemne wrażenie, że jej odbicie spóźniło się o ułamek sekundy.

Zrzuciła to na zmęczenie. Maturę miała za kilka miesięcy, w telefonie co chwilę pojawiały się wiadomości od rodziców, a na stole piętrzyły się zeszyty, fiszki i kubek po kolejnej kawie. Próbowała trzymać wszystko w ryzach, ale kamienica skutecznie rozbijała jej spokój na drobne kawałki.

Wieczorem, gdy siedziała nad chemią przy małej lampce, w mieszkaniu zrobiło się dziwnie cicho. Nawet stary zegar w przedpokoju jakby zwolnił. Zosia odsunęła zeszyt, przesunęła palcami po skroni i wtedy usłyszała szelest. Cienki, suchy, niemal ostrożny, jakby coś dotknęło szkła od środka.

Odwróciła głowę.

W pokoju była tylko ona i lustro.

Przez ułamek sekundy zobaczyła w tafli swoje własne odbicie, a potem obraz drgnął. Jej twarz w lustrze uniosła wzrok trochę za późno, jakby ktoś inny kierował tym ruchem. Zosia wstrzymała oddech. Usta w odbiciu poruszyły się same.

– Zosiu...

Głos był cichy, zachrypnięty, a jednak wyraźny. Zosia odsunęła krzesło tak gwałtownie, że zgrzytnęło o deski.

– Kto tam jest? – zapytała, choć wiedziała, że w pokoju nikt nie odpowie.

Twarz w lustrze nie zniknęła. Przyglądała jej się z dziwnym spokojem, zbyt spokojnym, jakby czekała na to pytanie od bardzo dawna. Za jej plecami, głębiej w tafli, coś poruszyło się w mroku. Najpierw jak cień, potem jak sylwetka.

– Nie powinnaś była mnie budzić – szepnęło lustro.

I wtedy Zosia zobaczyła, że w odbiciu nie stoi sama.