Lustrzane przejście

Julka i Michał wchodzą do zamkniętej części starej biblioteki przy ulicy Klonowej i trafiają na lustro, które nie odbija rzeczywistości, lecz coś znacznie bardziej niepokojącego.

Stara biblioteka przy ulicy Klonowej miała w sobie ciszę tak gęstą, że wydawała się niemal materialna. Tego wieczoru Julka i Michał przyszli tam nie z nudów, tylko z powodu plotki: ktoś przysięgał, że po zamknięciu z głębi budynku dochodzą kroki i szept, choć w środku nie powinno być już nikogo.

Powietrze pachniało kurzem, wilgocią i starym papierem. Między regałami zalegał chłód, który wsuwał się pod skórę szybciej niż rozsądek podpowiadał, by zawrócić. Julka szła pierwsza, z latarką w dłoni i napięciem w karku, które tylko podsycało jej ciekawość. Michał trzymał się pół kroku za nią, z plecakiem wypchanym kabelkami, bateriami i innymi rzeczami, które według niego mogły się przydać w każdej sytuacji. Właśnie to lubiła w nim najbardziej: nie pytał, czy warto. Pytał tylko, jak daleko trzeba dojść.

Za rzędem encyklopedii znaleźli coś, czego nie było na żadnym planie biblioteki. Wąskie drzwi, niemal zlane z drewnianą ścianą, ukryte tak starannie, jakby ktoś od lat próbował wymazać ich istnienie. Julka położyła dłoń na zimnej klamce.

Drzwi otworzyły się z cichym jękiem, a za nimi rozciągał się krótki, ciemny korytarz. Na jego końcu stało lustro.

Nie było zwyczajne. Rama była ciężka, stara, pokryta znakami podobnymi do run, choć żadnego z nich Julka nie potrafiła rozpoznać. Kiedy podeszła bliżej, tafla nie odbiła półki, światła ani jej twarzy. Zobaczyła kobietę o zielonych oczach i twarzy tak spokojnej, jakby czekała właśnie na nią. Wokół nieznajomej wirowały srebrne iskry.

Michał zaklął pod nosem. W jego odbiciu zamiast niego samego siedział ogromny czarny kot, patrzący niepokojąco ludzkim, błękitnym wzrokiem.

Lustro zadrżało.

Najpierw ledwie zauważalnie, potem mocniej, jakby coś po drugiej stronie napierało na szkło od środka. W powietrzu pojawił się chłodny podmuch, a w samym środku tafli zaczął się kręcić szary wir mgły.

„Julka...” wyszeptał Michał, ale ona już wyciągała rękę.

Jej palce dotknęły powierzchni. Szkło ustąpiło jak zimna woda.

W bibliotece zgasło światło. A z głębi lustra popłynął szept, tak cichy, że niemal go poczuła, zamiast usłyszeć:

„W końcu przyszliście.”