Maksio znajduje w szufladzie parę dziwnych skarpetek w niebieskie grochy. Gdy wkłada je na stopy, zaczynają się psikusy, a potem skarpetki odzywają się do niego same.
W małym domku na końcu ulicy mieszkał chłopiec o imieniu Maksio. Miał psa Fafika, który umiał robić najśmieszniejsze miny na świecie, zwłaszcza wtedy, gdy czuł zapach śniadania.
Pewnego ranka Maksio grzebał w szufladzie w poszukiwaniu swoich ulubionych skarpetek. Przekładał jeden bucik, drugą czapkę, aż nagle trafił na parę skarpetek w niebieskie grochy. Były mięciutkie, ciepłe i zupełnie nieznane.
— Skąd wy się tu wzięły? — szepnął Maksio.
Fafik podskoczył do szuflady, powąchał skarpetki i kichnął trzy razy tak głośno, że aż usiadł.
— Oj, to pachnie kłopotem — powiedział, rozglądając się czujnie. — Albo śmiesznym kłopotem.
Maksio parsknął śmiechem i bez namysłu naciągnął skarpetki na stopy. I wtedy wszystko się popsuło.
Jego nogi same ruszyły spod łóżka, potem zakręciły się w miejscu, a po chwili Maksio maszerował przez pokój jak dziwny tancerz na sprężynkach. Raz podskakiwał jak piłeczka, raz dreptął bokiem, a Fafik turlał się ze śmiechu po dywanie.
— Stop! — zawołał Maksio, ale stopy wcale go nie słuchały.
Nagle w samej skarpetce coś zaszeleściło. Potem rozległ się cieniutki głosik.
— No wreszcie! — powiedziała jedna skarpetka.
Maksio zamarł i spojrzał na swoje nogi.
— Kto... kto to powiedział?