Wiktor i Lena trafiają na tajemniczy artefakt, który przenosi ich w przeszłość rodzinnego miasta i stawia w samym środku niepokojącej zagadki.
Mgła wciskała się między kamienice rynku jak coś żywego, a mokry bruk odbijał żółte światło latarni. Wiktor wracał sam ze szkolnego spotkania, z rękami w kieszeniach i głową pełną zwyczajnych spraw, kiedy usłyszał swój oddech wyraźniej niż kroki. Noc miała w sobie coś niepokojącego, jakby całe miasteczko wstrzymało ruch i czekało na pierwszy błąd.
Miał siedemnaście lat i zbyt dużo zaufania do faktów, żeby wierzyć w przypadki. Lena była jego odwrotnością. Przy niej nawet cisza wydawała się przygodą, a każda zakazana brama wyglądała jak zaproszenie. Spotkali się przy opuszczonym antykwariacie, stojącym na rogu rynku od tak dawna, że ludzie przestali już pytać, do kogo należy.
Drzwi były uchylone.
Lena zatrzymała się tylko na moment. Potem spojrzała na Wiktora tym swoim niecierpliwym wzrokiem, który zawsze oznaczał kłopoty, i bez słowa wsunęła się do środka. Wiktor poszedł za nią, bardziej z ciekawości niż odwagi. Wnętrze uderzyło ich zapachem kurzu, wilgotnego papieru i starego drewna. Półki uginały się pod ciężarem ksiąg, ale to nie książki przyciągnęły ich uwagę. Na podłodze, w cieniu przewróconej skrzyni, leżał metalowy dysk wielkości dłoni. Był ciężki, chłodny, pokryty drobnymi znakami, które wyglądały jak mieszanka run i matematycznych wzorów. Pośrodku tkwił niebieski kryształ, przygaszony jak serce, które właśnie budzi się do życia.
Lena podniosła go ostrożnie.
W tej samej chwili kryształ zapalił się ostrym światłem. Powietrze zadrżało, półki jęknęły, a świat wokół nich rozpadł się na wirujące smugi. Wiktor próbował chwycić Lenę za rękę, ale zamiast podłogi poczuł nagły, lodowaty spadek. Kiedy wszystko przestało wirować, stali znów na rynku. Tylko że rynek nie był już ich.
Nie było ratusza. Nie było asfaltu. Zamiast antykwariatu stała kuźnia, z której sączył się dym. Ludzie mijali ich w obcych, dawnych strojach, a konie stukały kopytami o kamienie. Wiktor odwrócił się gwałtownie, szukając drzwi, przez które weszli, lecz za plecami miał tylko stare wrota z żelaznymi okuciami. Lena ścisnęła dysk tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.
Z ciemności dobiegł szorstki głos:
Przed nimi stanął rosły mężczyzna z brodą, a za jego plecami zebrał się tłum. Wiktor czuł, jak serce wali mu w piersi. Kryształ na dysku pulsował coraz szybciej, jakby coś w nim próbowało odpowiedzieć na pytanie, którego jeszcze nikt nie zadał.
Wtedy z mroku pod nogi Wiktora wypadł fragment pergaminu zapisany tym samym dziwnym alfabetem, który widniał na dysku. Lena schyliła się po niego pierwsza. W tym samym momencie spośród ludzi wysunęła się zakapturzona postać i wyciągnęła rękę prosto w ich stronę.
Tłum zamarł.