Mgła nad Jeziorami Pradawnych

Troje licealistów spędza wakacje w mazurskiej wsi i trafia na ślady dawnego kultu. Im bliżej jeziora, tym wyraźniej coś z mgły zdaje się ich rozpoznawać.

Wieczorem, kiedy nad mazurskimi jeziorami zapadało srebrne światło, Lena szła piaszczystą drogą między Kamilen i Dawidem, w stronę starej chaty pod lasem, którą wynajęli na wakacje. Wieś była tak cicha, jakby ktoś wymazał z niej resztę ludzi, zostawiając tylko kilka domów, skrzypiące płoty i studnię na środku placu. Nad jeziorem Pradawnym unosiła się mgła, nawet wtedy, gdy powietrze drżało od upału. Nikt nie potrafił powiedzieć, skąd się brała. Mówiono tylko, że była tu od zawsze.

Pierwszej nocy Lena obudziła się nagle, jakby coś przecięło sen cienkim nożem. Wstała i podeszła do okna. Na brzegu jeziora, tam gdzie mgła stykała się z wodą, stała wysoka postać w jasnym odzieniu. Nie była wyraźna, raczej zarysowana z chłodu i bieli, ale poruszała się zbyt pewnie, by uznać ją za złudzenie. Lena patrzyła, dopóki kształt nie rozpłynął się w mgle.

Nazajutrz opowiedziała o tym chłopakom przy śniadaniu. Dawid tylko uniósł brwi, jakby chciał ją sprowadzić na ziemię, a Kamil roześmiał się zbyt głośno, żeby brzmieć naturalnie. Lena nie odpowiedziała. Jeszcze przed południem wszyscy troje zeszli ze ścieżki prowadzącej przez las i trafili na kamienny krąg ukryty w paprociach. Pośrodku leżało kilka starych monet, czarnych od czasu, przykrytych warstwą świeżego popiołu.

Wieczorem nie wytrzymali. Ciekawość okazała się silniejsza niż rozsądek, a może po prostu nie chcieli wracać do chaty z uczuciem, że coś ich obserwuje. Szli w stronę jeziora w milczeniu, rozgarniając gałęzie i mokre od rosy liście. Z głębi lasu dochodził cichy śpiew. Nie brzmiał jak żadna znana im pieśń, a jednak miał w sobie coś dziwnie znajomego, jak melodia zasłyszana dawno temu we śnie.

Mgła gęstniała z każdym krokiem. Lena poczuła, że powietrze robi się lodowate, choć ziemia pod stopami wciąż oddawała ciepło dnia. Nagle wszyscy stanęli jak wryci. Między drzewami pojawiła się ta sama postać, którą widziała w nocy. Tym razem była bliżej. Uniosła dłoń i wskazała ich w milczeniu, a po tafli jeziora przeszedł nagły, szeroki krąg fal, jakby coś wielkiego poruszyło się pod wodą.

W śpiewie wyraźnie zabrzmiało imię Leny.

Ziemia pod ich stopami drgnęła raz, potem drugi. Z mgły zaczęły wypływać małe, blade światła, rozstawione wokół nich jak czyjeś oczy.