Gdy nad księżycową bazą pojawia się mgła, Lara, Ivo i Miko odkrywają, że to dopiero początek czegoś znacznie groźniejszego.
Lunaris wisiało pod przezroczystą kopułą jak wycięte z metalu i światła. Wieżowce przecinały ciemność ostrymi liniami, a srebrny pył Księżyca tłumił każdy dźwięk, jakby całe miasto oddychało z wysiłkiem. Lara lubiła ten widok tylko do chwili, gdy coś zaczynało w nim wyglądać obco.
Była programistką dronów, więc myślała w trajektoriach, błędach i obejściach. Ivo, kapitan młodzieżowej drużyny eksploracyjnej, ufał czujnikom bardziej niż przypadkowym zbieżnościom. Miko budował maszyny, które według wszystkich zasad powinny się rozsypać, a jednak działały. W labie pod kopułą tworzyli zgrany zespół, zbyt pewny własnych umiejętności, by spodziewać się kłopotów. Tamtego popołudnia pewność zaczęła im się sypać.
Lara pierwsza zobaczyła smugę nad horyzontem. Szarą, gęstą, przesuwającą się zbyt wolno jak na cokolwiek, co powinno istnieć na Księżycu. Mgła. Nie pył, nie opar po uszkodzonym filtrze, nie złudzenie na zakrzywionym szkle kopuły. Prawdziwa mgła. Zanim zdążyła się odezwać, zachodni sektor Lunaris pogrążył się w ciemności, a komunikator Iva wystrzelił alarm o spadku zasilania w strefie badawczej.
Przyjaciele ruszyli bez słowa. Ivo chwycił skaner atmosfery, Lara ściągnęła z ładowarki swoje ulepszone drony, Miko zarzucił na ramiona lekki pancerz z nanowłókien. Korytarze pod kopułą wyglądały nagle zbyt długie, zbyt puste. Gdy minęli śluzę serwisową, zobaczyli, że w jej uszczelnieniu jest szczelina, której wcześniej tam nie było. Z zewnątrz sączyła się do środka cienka wstęga mgły. W tym samym momencie w ciemności rozległo się ciche, rytmiczne buczenie.
Lara zatrzymała się tak gwałtownie, że jeden z dronów zawisł nieruchomo przy jej ramieniu. Ivo uniósł skaner, ale ekran już wariował. Miko odwrócił się w stronę śluzy, jakby coś po drugiej stronie odpowiedziało na ich obecność. Cień, niewyraźny i zbyt wysoki, przesunął się po mlecznym obłoku. Potem drzwi do strefy serwisowej zatrzasnęły się z głuchym trzaskiem, a buczenie ucichło tak nagle, jakby ktoś odciął je nożem.