Siedemnastoletnia Irmina zaczyna podejrzewać, że mgła spowijająca Werganię skrywa starożytną tajemnicę, a spotkanie z nieznajomym chłopakiem zmienia zwykły wieczór w początek czegoś niebezpiecznego.
Wergania od lat tonęła w mgle tak gęstej, że poranki przypominały sen, z którego nikt nie chciał albo nie potrafił się obudzić. Domy znikały po kilku krokach, latarnie świeciły jak przytłumione oczy, a nawet dźwięki brzmiały tu inaczej, jakby miasto mówiło przez zasłonę. Irmina znała ten krajobraz od dziecka, ale w przeciwieństwie do większości mieszkańców nie nauczyła się go ignorować.
Miała siedemnaście lat i zbyt wiele szkicowników upchniętych w plecaku, by nazywać się zwykłą uczennicą. Rysowała mgłę od kiedy pamiętała: jej załamania, wiry, cienkie smugi snujące się nad brukiem i między dachami. Dziadek, botanikiem z uporem człowieka, który nadal rozmawia z rzeczami nieprzeznaczonymi do rozmów, mówił, że mgła chroni Werganię. Czasem dodawał ciszej, jakby nie chciał, by samo miasto go usłyszało: „A czasem sprawdza, kto zasługuje na to, żeby patrzeć dalej”.
Tego wieczoru Irmina nie wróciła od razu do domu. Zamiast tego przeszła przez rynek, już pusty i zamknięty, z okiennicami zaciśniętymi na chłód. W powietrzu wisiał zapach mokrego kamienia i ziół, które dziadek suszył na parapetach. W kieszeni ściskała ołówek, jakby to mogło ją ochronić, choć naprawdę szła za czymś znacznie mniej uchwytnym niż strach.
Od kilku nocy śniła o miejscu, którego nie było na żadnej mapie Werganii. O placu bez nazw, o zegarze, który nie odmierzał czasu, i o świetle błękitnym jak rozżarzone szkło. Za każdym razem budziła się z tym samym niepokojem, jakby coś po drugiej stronie snu próbowało nazwać ją po imieniu.
Plac znalazła bez trudu. Mgła była tam cięższa niż gdziekolwiek indziej, niemal nieruchoma, jakby zawisła tu z rozmysłem. Pod starym zegarem stał chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziała. Ubrany na czarno, nieruchomy, z twarzą częściowo ukrytą przez wilgotne powietrze. W dłoni trzymał kamień, niewielki i dziwnie czysty, jakby w środku zamknięto odłamek nieba.
Gdy Irmina zatrzymała się kilka kroków od niego, chłopak podniósł wzrok.
— W końcu — powiedział cicho.
Jego akcent był obcy, ale nie całkiem nieznany. Brzmiał jak echo miejsca, którego Irmina nigdy nie widziała, a jednak odruchowo rozpoznawała.
— Czekałem na ciebie.
Kamień w jego dłoni zamigotał błękitem. Mgła drgnęła, jakby coś przebiegło pod jej powierzchnią. Stoiska kawiarni przy rynku zaczęły znikać jedno po drugim, najpierw kontury krzeseł, potem stoły, potem całe fasady domów, pochłaniane przez mleczne zasłony.
Irmina poczuła, jak serce przyspiesza jej do bólu.
— Kim jesteś? — zapytała.
Chłopak spojrzał na nią tak, jakby zastanawiał się nie nad odpowiedzią, tylko nad tym, ile prawdy może wypowiedzieć naraz.
— Jeśli chcesz zrozumieć mgłę, musisz pójść ze mną — powiedział. — Ale jeśli to zrobisz, Wergania nie będzie już miejscem, do którego można wrócić tak po prostu.
Irmina odruchowo zacisnęła palce na pasku plecaka. Poczuła pod materiałem szorstkie brzegi szkicowników, wszystko, co do tej pory umiała nazwać swoim życiem. Za plecami miała dom, dziadka, znane ulice. Przed sobą coś, co właśnie zaczynało się budzić.
Wyciągnęła rękę.
Nie zdążyła dotknąć jego dłoni. Mgła runęła na nich nagle, gęsta i zimna, a spod zegara rozległ się głuchy, metaliczny dźwięk, jakby ktoś otworzył drzwi, których nie powinno tam być.